Agnieszka Lis: Nie wyobrażam sobie życia bez pisania

Pisanie sprawia mi taką radość, że jeszcze nie zdarzyło mi się mieć tak zwanej „blokady twórczej”. Zdarza mi się nic nie napisać przez jakiś czas, oczywiście, najczęściej z braku czasu lub zwyczajnego przemęczenia. Może jeszcze wciąż napisałam za mało… może taka „blokada” wciąż jeszcze przede mną? Nie wyczekuję jej z utęsknieniem… – mówi w rozmowie z Imperium Kobiet, pisarka Agnieszka Lis, autorka książki „Huśtawka”.

 

Zacznę dość przewrotnie: Jak wiele można poświęcić dla miłości?

– Faktycznie, przewrotne pytanie – zaczynamy od górnego c! Czyli dwukreślnego przynajmniej… co dodaję nie bez kozery, jako muzyk przecież. Miłość to coś, co uskrzydla i nadaje życiu sens. Oczywiście, życie bez miłości jest możliwe. Ale jak wiele warte? W niedostrzegalny (być może) sposób przykryte warstwą mgły… Miłość ma nieskończenie wiele odsłon. Każda jest inna, i tak powinno być.

Sądzę, że miłość jest tak wiele warta, że dla niej można poświęcić wszystko. I mówię to z całą odpowiedzialnością, bo przecież miłość do samego siebie też jest możliwa, a nawet właściwa i wskazana, prawda? Czyli poświęcić wszystko dla siebie…

Pani książka pt. „Huśtawka” to opowieść o trzech pokoleniach kobiet, na pozór tak różnych, a jednak połączonych wspólnymi doświadczeniami i rodzinną miłością. Skąd inspiracja do jej napisania?

– Tak naprawdę w Huśtawce występują cztery pokolenia, chociaż to czwarte jest jeszcze malutkie. Czyli przyszłościowe.  Pierwszy impuls to było ćwiczenie pisarskie, w którym zadaniem było napisanie sceny z trzema różnymi narratorami. Tak powstała scena w wannie, potem umieszczona jako pierwsza w Huśtawce. Jednak od sceny do całej książki jeszcze droga była dość daleka.

Jak każdy pomysł (przynajmniej mój) na książkę – tak i ten wziął się z obserwacji życia. Rodzina. Podobno jej się nie wybiera, a dobrze to z rodziną tylko na zdjęciu.

Zastanawiałam się nad tym – czy na pewno? Moi bohaterowie, członkowie jednej rodziny – kłócą się, spierają, denerwują na siebie. A jednak – gdy jest taka potrzeba – wspierają się i stają za sobą murem.

Jak to więc jest z tą rodziną?

Wydaje mi się (a może to tylko moje pobożne życzenia), że w Huśtawce jest właśnie tak jak w życiu. Podobno dobrze tylko na zdjęciu, ale w rzeczywistości – to właśnie na członków rodziny możemy liczyć.

Z wykształcenia jest Pani pianistką i dziennikarką. Czy muzyka i literatura mają jakiś wspólny mianownik?

– Oczywiście. I jedno, i drugie, ma melodię (zawsze szukam melodii w tekście, żeby się „dobrze czytał”). I jedno, i drugie wymaga bardzo systematycznej i żmudnej pracy. I jedno, i drugie daje nieprawdopodobną satysfakcję w życiu.

Podobno pisała Pani od zawsze…. Skąd zamiłowanie do książek, do ich „tworzenia”?

– Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Tak po prostu jest i już. Faktycznie, pierwsze próby pisarskie podejmowałam jeszcze na etapie kulfonów, pewnie gdzieś około piątego roku życia.

Nie wyobrażam sobie życia bez pisania. Chociaż jestem często zmęczona (dwójka dzieci, dom, praca zawodowa…) to w pisaniu jest taki magnes, który powoduje, że siadam do komputera. Pierwsze dwie książki, Jutro będzie normalnie oraz Samotność we dwoje napisałam pracując jeszcze w korporacji. Naprawdę bywałam zmęczona.

I ciągle bywam. A jednak siadam i piszę. Więcej, mniej, czasem już mi głowa leci ze zmęczenia… ale piszę. Są tacy, którzy powiadają, że nigdy się napracuje ten, kto kocha swoją pracę. Może to o mnie? A jeśli tak jest – to nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć.

Na swoim koncie ma Pani kilka książek, po które głównie sięgają kobiety. Zastanawiam się, jak jest z mężczyznami? Czy to także pozycje, które Panowie powinni przeczytać?

– Są też, oczywiście, męscy Czytelnicy. Moim zdaniem książka, która kompletnie wymyka się podziałom na „męskie i kobiece” (chociaż tak naprawdę nie wiem, co to znaczy w literaturze) to Latawce. Autentyczna historia chłopaka, który wymyślił bardzo nietypowy sposób na wyjście z depresji. Śmiertelnie niebezpieczny sposób.

Historia o tyle nietypowa, że napisana rzadko spotykaną narracją – czystym dialogiem. Jest oczywiście fabuła, jest akcja, ale oparta wyłącznie na rozmowach bohaterów. Trudno się tę historię pisało, warto jednak było bić się z każdym słowem, wyrzucać je aż do przesady, skracać…

Szufladkuje Pani jakoś swoich odbiorców? Zna Pani swoich Czytelników?

– Nie. Tak. 😉

Nie, nie szufladkuję. Kiedy piszę, staram się stworzyć i opisać historię najlepiej jak potrafię. Nie zastanawiam się „kto to będzie czytał”. Myślę o tekście. Niemniej znam wielu swoich Czytelników. Media społecznościowe tworzą most, na którym często się spotykamy. To fantastyczne uczucie, bardzo sobie te bezpośrednie kontakty cenię. Wiele razy Czytelnicy podrzucają mi jakieś sugestie czy wręcz pomysły, czerpię z nich i biorę pod uwagę ich oczekiwania – na ile jest to możliwe. Niemniej… social media niosą ze sobą też trochę niebezpieczeństw… ale przecież nie tego dotyczyło pytanie.

Każdemu autorowi zdarzają się chwile zwątpienia, małe lub większe kryzysy. Czy w trakcie pisania przeżywa Pani tego typu momenty? Co motywuje wtedy Panią i każe iść do przodu?

– Tak, wiem, że każdemu się przytrafiają… I dlatego czuję się trochę nie-ten-tego… bo mnie się nie przytrafiają. Zdarza się, że jestem po prostu zmęczona. Głowa nie pracuje tak, jak powinna po iluś tam godzinach pracy. Słowa nie składają się same, umykają. Ale to fizyczne zmęczenie.

Pisanie sprawia mi taką radość, że jeszcze nie zdarzyło mi się mieć tak zwanej „blokady twórczej”. Zdarza mi się nic nie napisać przez jakiś czas, oczywiście, najczęściej z braku czasu lub zwyczajnego przemęczenia. Może jeszcze wciąż napisałam za mało… może taka „blokada” wciąż jeszcze przede mną? Nie wyczekuję jej z utęsknieniem…

Czym dla Pani jest prawdziwa miłość?

– Codziennym zrozumieniem. Skupieniem na drobiazgach, które budują wspólność.

Jak znosi Pani krytykę? Lubi Pani czytać recenzje swoich książek?

– Nie przepadam za czytaniem recenzji – bo się przejmuję. Ale czytam, szczególnie, że wiele recenzji po prostu dostaję mailem lub docierają do mnie przez oznaczenie w mediach społecznościowych.

Staram się z nich uczyć, dowiadywać czegoś o Czytelnikach. Chociaż czasem bywa to trudne. W jednej recenzji przeczytałam, że Pozytywka to świetna książka, ale za mało w niej dialogów. Dlatego też w następnej, Karuzeli, dialogów było znacznie więcej. Przeczytałam w kolejnej recenzji, że jest… za dużo dialogów. Trudno dogodzić.

Mój stosunek do recenzji zmienił się odrobinę w chwili, w której przeczytałam bardzo niepochlebną recenzję o jednej z moich książek. Było tam napisane, że jest okropna, źle napisana, bohaterowie są irytujący, etc., a w podsumowaniu – że książka jest tak zła, że recenzentka jej…. nie przeczytała.

Co gorsza, inna recenzentka, blogerka, nie widziała w tym żadnej sprzeczności.

Od tego czasu nie wszystko biorę do serca, chociaż nie lekceważę Czytelnika. Książka żyje wtedy, gdy jest czytana. Piszę dla Czytelników. Moja praca ma sens, gdy Czytelnicy czytają moje książki. To mam zawsze w pamięci.

Największe marzenie?

Zaczęłyśmy i kończymy podchwytliwie.  Największe to takie, żeby moja rodzina (cała) była zdrowa. By nigdy nie dotknęły nas kłopoty ze zdrowiem. Tego chyba uzasadniać nie muszę. A jak już to będzie spełnione – żeby moje dzieci były w życiu szczęśliwe. Do tego jeszcze dodam – na okrasę – takie marzenie, żebym mogła dużo, dobrze i z sukcesem pisać i wydawać książki. Najlepiej gdzieś w ciepłym miejscu, w otoczeniu bliskich. Cóż więcej potrzeba?

Rozmawiała: Ilona Adamska

 

Nikt jeszcze nie skomentował

Pozostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

I.D. MEDIA AGENCJA WYDAWNICZO-PROMOCYJNA

info@idmedia.pl
tel. +48 609 225 829


redakcja@ikmag.pl

 

Magazyn kobiet spełnionych,

Śledź na: