VEROA, czyli Weronika Uba, to wokalistka, skrzypaczka i kompozytorka, absolwentka kierunku Jazz i Muzyka Estradowa na Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Jej twórczość łączy akustyczne instrumenty z nowoczesnym brzmieniem, tworząc charakterystyczne połączenie alternatywnego popu i folku. Właśnie wydała debiutancki album „Dom Barw”, będący osobistą podróżą przez emocje i doświadczenia młodego pokolenia. Jej piosenki opowiadają o relacjach, tęsknocie, poszukiwaniu bliskości i budowaniu własnego świata. W poniższej rozmowie opowiedziała mi, jak ‘budowała’ “Dom barw” pod kątem muzycznym i nie tylko.
MM: „Dom barw” powstawał ponad dwa lata. Jak wyglądał ten proces? Miałaś już gotowy materiał i po prostu go rejestrowałaś?
V: Proces rzeczywiście był długi, ponieważ wydawałam singiel po singlu. Większość demo była nagrana dużo wcześniej u mnie w domu, a dopiero potem profesjonalnie nagrywana w studio i miksowana około 1-3 miesięcy przed wypuszczeniem. Nagrywałam więc singiel po singlu, a na koniec tej serii wydałam już całą płytę. Teksty poprawiałam wiele razy, czasem w studio, czasem po prostu podczas procesu nagrań. Muzyka i wersje danej formy również zmieniały się – raz pod wpływem doświadczonych producentów, z którymi współpracowałam, a raz po prostu z mojej własnej inicjatywy.
MM: Jak dobierałaś muzyków, którzy zagrali na płycie?
V: Miałam pewną wizję, wokół jakiej stylistyki chcę się poruszać i chciałam znaleźć kogoś, kto czuje podobny styl. Szukałam też dużo wśród moich kolegów i koleżanek i z wieloma podjęłam współpracę, bo podobała mi się ich gra – np. kwartet smyczkowy w “Cynamonowych dniach”. Na początku, z racji tego, że podobały mi się brzmienia gitar i produkcja Ani Karwan, wybrałam Piotra Bogutyna na produkcję dwóch pierwszych singli: “Różu” i “Domu barw”. Później stworzyliśmy razem również piosenkę “Graffiti”. Następnie pojawił się Maciej Kietliński, który włożył w moje trzy następne utwory: “Cynamonowe dni”, “Ze sobą” oraz “Daj się ponieść” dużo eksperymentów stylistycznych – zarówno elektroniki, jak i akustycznej faktury dźwiękowej, co bardzo urozmaiciło brzmienia mojej płyty. Nie mogę też nie wspomnieć o moim bracie Michale Fedorze (pseudonim Mike Iguana lub Mike Fedor), który wyprodukował “Azymut”i “Błękitną Iskrę”, dodając tam piękną melodię i klimatyczny background. Reszta to utwory nagrane tylko przeze mnie, ale ze świetnymi realizatorami Uniq Studio oraz Bracia Studio Adam Drath. Wszystko zmasterowal i zebrał w jedną całość Robert Szydło – wspaniały muzyk i profesjonalista, którego poznałam dzięki współpracy z Maćkiem.
MM: Czyli nie jest to jeden skład, który gra z Tobą 'na co dzień’?
V: Nie. Obecnie tworzy się ‘ten jeden skład’ z którym będę koncertować. Jesteśmy w trakcie prób.
MM: Co było punktem wyjścia dla tych kompozycji – linie wokalne, harmonie, partie skrzypiec?
V: Różnie. Nie potrafię znaleźć na to jednej reguły. Wydaje mi się, że głównie kierowałam się melodiami – tak było w przypadku “Domu barw”, “Różu”, czy “Ze sobą”, ale są utwory, w których wiodącym punktem była harmonia: “Cynamonowe dni”, “Po kryjomu” i “Poduszka” lub melodie skrzypiec, od których powstały “Zapałki”, “Graffiti” i “Azymut”. Oczywiście to wszystko się łączy i przeplata.
MM: Zauważyłem, że od mniej więcej drugiej połowy płyta łagodnieje i jest też nieco prościej zaaranżowana z jednym wyjątkiem – „Daj się ponieść”. To przypadek, czy takie było założenie przy układaniu kolejności piosenek?
V: Rzeczywiście tak jest. Chciałam na początek dać nieco więcej ‘powera’i zaskoczenia, aby zaprosić słuchacza do mojego świata, a dopiero później – gdy w nim już jest i przeszedł przez energetyczne kawałki – przedstawić mu swoją bardziej liryczną stronę i głębsze aspekty tej historii.
MM: To teksty są wyrazem stanu przejścia, a czy cezurą jest tu w jakiś sposób wiek?
V: Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno utwory z początku są sprzed kilku lat i rzeczywiście wiek mógł mieć duże znaczenie w pisaniu ich i widać ten rozwój na przestrzeni płyty… Ale np. ”Azymut” – ostatni na płycie – był napisany też w miarę wcześnie, razem z “Różem” i “Domem barw”, węc to się miesza w pewien sposób.
MM: Co muzycznie Cię obecnie fascynuje bardziej: pop, czy jednak folk?
V: Teraz powiem, że raczej folk, ponieważ ma wiele akustycznych brzmień i ciekawych barw i bardziej w tę stronę z następnymi projektami chciałabym pójść. Oczywiście nie chce rezygnować z popu, ale nie wiem, gdzie mnie wena poprowadzi (śmiech). Na początku tworzenia płyty fascynował mnie bardziej pop, bo przed solową działalnością funkcjonowałam jako muzyk sesyjny, grający głównie folk, jazz i klasykę, więc miałam dużo tego wokół siebie i chciałam spróbować tworzenia popu – bo to coś nowego, niezbadanego dla mnie.
MM: Skrzypce pozostaną centralnym instrumentem obok Twojego głosu?
V: Wydaje mi się, że tak. Skrzypce mnie bez wątpienia wyróżniają, ale zarówno na płycie, jak i na koncertach dużo grałam też na pianinie.
MM: Myślisz o kontynuacji „Domu barw”, czy o czymś zupełnie nowym?
V: Mam trochę kawałków stylistycznie podobnych do klimatu “Domu barw”, które czekają na produkcję i wydanie. Ale na pewno chciałabym spróbować nowych rzeczy i eksperymentów, żeby zaskoczyć słuchaczy.
MM: I w którą stronę chciałbyś z nimi pójść?
V: Właśnie bardziej folkowo – więcej nieoczywistych instrumentali oraz elementów akustycznych.
MM: W sierpniu zagrałaś już kilka koncertów. Kolejne będą we wrześniu?
V: Prawdopodobnie zagramy w Lublinie, choć nie znamy jeszcze szczegółów. Pracujemy jednak nad tym, aby koncertów było więcej.
Rozmawiał: Maciej Majewski