Sandra Skrzypczak udowadnia, że można stworzyć biznes oparty na wartościach, a od chwilowych mód ważniejsze jest budowanie trwałych relacji z ludźmi. Potwierdza to założona przez nią marka „BezAle”, którą współtworzy ze swoją mamą, Izabelą Kossowską. W rozmowie z nami opowiada m.in. o tym, przeciwko czemu buntuje się we współczesnym świecie, czego nauczyła ją praca w korporacji, jak na jej życie wpłynęła choroba oraz jak bardzo wzrosła w ostatnich latach pewność siebie kobiet.
Lata szkolne to czas, kiedy kształtuje się nasza osobowość i rodzą się pasje. Jaka wtedy była Sandra Skrzypczak? Co wyróżniało Cię pośród rówieśników oraz rówieśniczek?
Byłam dziewczyną, która dość wcześnie wiedziała, że nie chce żyć „według instrukcji”.
Już w szkole miałam w sobie coś z liderki, ale nie w sensie formalnej roli czy potrzeby zarządzania innymi, a raczej w sensie odwagi podążania własną ścieżką.
Jeśli grupa szła w jedną stronę, a ja czułam, że to nie jest moje, potrafiłam wybrać inaczej, nawet jeśli oznaczało to bycie trochę obok. Nie miałam potrzeby dopasowywania się za wszelką cenę. Jednocześnie byłam bardzo empatyczna. Szybko wyczuwałam emocje innych, napięcia w grupie, czy to, kto czuje się niewidoczny. Naturalnie siadałam obok osób, które były na marginesie. Wrażliwość i niezależność szły u mnie w parze. Myślę, że wyróżniało mnie właśnie to połączenie: indywidualizm bez obojętności.
Szłam swoją drogą, ale nie kosztem innych i to do dziś bardzo mnie definiuje.
Sprawiasz wrażenie pozytywnej buntowniczki — osoby, która nie godzi się na pewne warunki funkcjonowania świata, idzie własną drogą i ma w sobie dużo troski o drugiego człowieka.
Jeśli bunt, to naprawdę nie przeciwko ludziom. Ja nie mam w sobie potrzeby walczenia z kimkolwiek. Bardziej chodzi o to, że nie zgadzam się na pewne schematy, na to, że „tak się robi”, że „tak trzeba”, że „inaczej się nie da”. Nie godzę się na bylejakość — ani w relacjach, ani w pracy. Nie godzę się na tempo, które sprawia, że człowiek przestaje czuć sens tego, co robi. Widziałam, jak łatwo można się w tym tempie zgubić. Sama byłam w momentach, w których ciało mówiło: „zatrzymaj się” i wtedy naprawdę weryfikujesz swoje wybory.
Nie chcę budować biznesu kosztem czyjegoś zdrowia, czyjejś godności, czyjegoś życia rodzinnego. To nie jest cena, którą jestem gotowa zapłacić za „sukces”. Nie jest jednak bunt z megafonem. To raczej takie spokojne: „dziękuję, ja wybieram inaczej”. Czasem to oznacza wolniej, czasem mniej spektakularnie, czasem bez fajerwerków. I jasne — bywają momenty, kiedy patrzę na innych i myślę: może mogłabym szybciej, może bardziej. Tylko że ja naprawdę wolę budować coś, co przetrwa. Co ma sens. Co będzie stało stabilnie nawet wtedy, gdy przyjdzie kryzys.
Troska o drugiego człowieka… to nie jest element żadnej strategii. To jest bardzo osobiste. Ja po prostu inaczej nie umiem. Nie umiem przejść obojętnie obok czyichś emocji. Nie umiem udawać, że liczy się tylko wynik.
Ta troska oraz indywidualizm w podejściu do świata przekładają się również na markę „BezAle” — nie gonicie za trendami, stawiając na slow fashion oraz budowanie przyjaznych relacji zarówno z pracownikami, jak i z klientkami oraz klientami Waszych butików. Opowiedz coś więcej na ten temat.
„BezAle” jest marką o bardzo silnym DNA i to DNA to nie jest tylko estetyka. To są przede wszystkim wartości. Od początku wiedziałyśmy, że nie chcemy gonić za trendami. Trend mija, a wartości zostają. Jeśli coś projektujemy, to z myślą, że ta rzecz ma być z kobietą przez lata, a nie przez jeden sezon.
Od początku działalności pracujemy na naturalnych tkaninach, szyjemy w krótkich seriach, produkujemy dopiero wtedy, gdy pojawia się zamówienie. To wymaga innego myślenia o biznesie: mniej „ile wyprodukujemy?”, bardziej „czy to jest potrzebne?”. Nie budujemy nadmiaru, za to staramy się budować większą odpowiedzialność. Dla mnie slow fashion to nie jest tempo produkcji — to jest tempo decyzji. To jest moment zatrzymania i zadania sobie pytania: „czy to jest w zgodzie z nami”?
Jeśli pytasz o relacje, to one są dla mnie najważniejsze i to nie jest zdanie, które dobrze brzmi w komunikacji. To jest coś, na czym naprawdę buduję „BezAle”.
Ja nie umiem prowadzić firmy w oderwaniu od ludzi. Z zespołem chcę mieć poczucie, że tworzymy coś wspólnie, że to nie jest tylko realizowanie planu sprzedaży czy odhaczanie wyników. Chcę, żeby każdy czuł, że ma wpływ, że jego głos się liczy, że to, co robimy, ma sens większy niż liczby w tabeli.
Jeśli chodzi o klientki — ja naprawdę widzę w nich kobiety, nie zamówienia. To nasze Kobiety „BezAle”.
Za każdą transakcją stoi ktoś z historią, z ciałem, z wrażliwością, czasem z kompleksami, czasem z wielką potrzebą zmiany.
Kiedy dostajemy wiadomości typu „pierwszy raz czuję się dobrze w swojej sylwetce”, to są to momenty, w których naprawdę wiem, że realizujemy swoją misję w stu procentach.
Dla mnie sprzedaż zawsze była efektem ubocznym relacji. Jeśli relacja jest prawdziwa, sprzedaż się wydarza. Jeśli relacji nie ma, to nawet najlepsza strategia długo nie utrzyma marki.
Myślę, że to jest bardzo w zgodzie ze mną jako człowiekiem. Ja po prostu wierzę, że biznes bez relacji jest pusty.
Historia „BezAle” jest powiązana z Twoim imieniem, a konkretniej rzecz biorąc ze sklepem „Sandra”, który Twoja mama Izabela prowadziła w Radomiu w latach 90. Jak wyglądała jej droga od sklepu do własnej kolekcji?
Droga mojej mamy zaczęła się od sklepu z innymi markami. W latach 90. prowadziła w Radomiu sklep „Sandra”, w którym sprzedawała ubrania różnych producentów. To był jej pierwszy krok w stronę niezależności i świata mody. Z czasem jednak samo sprzedawanie przestało jej wystarczać. Coraz częściej pojawiała się potrzeba tworzenia. Zaczęła próbować projektować własne modele, testować kroje, wybierać tkaniny. To były początki bez wielkiej machiny, bez zaplecza produkcyjnego, bardziej z serca niż z kalkulacji.
W tamtym czasie, w Radomiu zorganizowała nawet swój pierwszy pokaz. Lokalny, kameralny, ale dla niej symboliczny. To był moment, w którym powiedziała światu: „To jest moje”. Później przyszła przerwa w projektowaniu. Życie i realia biznesowe sprawiły, że ten etap się zatrzymał, ale to marzenie nigdy w niej nie zgasło. Ono po prostu czekało.
I tak oto w 2013 roku udało nam się do niego wrócić. Już razem. Już z inną świadomością, z doświadczeniem, z większą dojrzałością. „BezAle” było powrotem do tego pierwszego impulsu, do potrzeby tworzenia własnych kolekcji na własnych zasadach. Dla mnie to jest piękne, że nasza marka nie jest początkiem historii — ona jest jej kontynuacją.
Zaraz po ukończeniu studiów zamieszkałaś w Warszawie, gdzie pracowałaś w korporacji. Wiele osób postrzega środowiska korporacyjne negatywnie poprzez liczne stereotypy, jakie wokół nich narosły w ostatnich latach. Czego Ciebie nauczyła ta praca?
Wyjechałam do Warszawy na studia i ten czas był dla mnie pierwszym naprawdę dużym wyjściem ze strefy komfortu. Po studiach chciałam sprawdzić siebie w zupełnie innym środowisku niż to, które znałam. Moją ścieżkę zawodową rozpoczęłam od branży piwnej, od dużej organizacji, która wbrew wielu stereotypom okazała się bardzo ludzka.
Dużo mówi się o korporacjach w kontekście presji i wyścigu i pewnie w niektórych miejscach tak jest. Ja miałam inne doświadczenie. Pamiętam przede wszystkim atmosferę. Wszyscy byliśmy na „Ty”, bez względu na stanowisko. Nie było nadętego dystansu, tytułów budujących mur. Był szacunek, normalność i poczucie, że gramy do jednej bramki. To było dla mnie ważne, bo zobaczyłam, że nawet w dużej strukturze można budować kulturę opartą na relacjach, że profesjonalizm nie musi oznaczać chłodu i że dobra energia w zespole naprawdę zmienia jakość pracy.
Ten czas bardzo mnie ukształtował jako człowieka. Nauczył mnie samodzielności, otwartości na różne perspektywy, ale przede wszystkim pokazał, jak ogromne znaczenie ma klimat między ludźmi. Dziś, prowadząc „BezAle”, wiem, że relacje w zespole to nie jest „miękki temat”. To jest podstawa, bo jeśli ludzie czują się dobrze ze sobą i mają do siebie zaufanie, wszystko inne układa się dużo łatwiej.
Dwa lata po rozpoczęciu działalności dowiedziałyście się o poważnej chorobie, która dotknęła zarówno Ciebie, jak i Twoją mamę. Obie miałyście w sobie jednak ogromną determinację, by ją pokonać. Jaka myśl towarzyszyła Ci podczas leczenia i co choroba zmieniła w Twoim spojrzeniu na świat?
To był moment, który zatrzymał nas obie. Biznes się rozwijał, miałyśmy plany, energię, poczucie, że wszystko nabiera tempa. I nagle diagnoza, a chwilę później druga.
Nowotwór mojej mamy był łagodny. Mój wymagał chemioterapii i choć obie usłyszałyśmy słowo, którego nikt nie chce słyszeć, a nasze drogi leczenia wyglądały inaczej, to emocjonalnie byłyśmy w tym razem. Nie ma gotowości na takie informacje. Nie ma instrukcji. Nie pamiętam jednego wielkiego zdania, które mnie niosło. To nie było heroiczne. To było bardzo przyziemne: „Dobrze. Idziemy dalej”. Dzień po dniu. Wizyta po wizycie. Czasem ze strachem, czasem z ogromnym zmęczeniem, czasem z ciszą, w której nie trzeba było nic mówić.
Chemioterapia była dla mnie doświadczeniem granicznym — fizycznie i psychicznie. Uczy pokory wobec własnego ciała. Uczy tego, że nie wszystko da się kontrolować, a jednocześnie budzi w człowieku ogromną wolę życia. To doświadczenie bardzo nas z mamą zbliżyło. Oczywiście wcześniej byłyśmy blisko, pracowałyśmy razem, dzieliłyśmy codzienność, ale choroba zdejmuje wszystkie warstwy. Zostaje czysta relacja. Wsparcie bez kalkulacji. Obecność. Czułość. Patrzyłyśmy na siebie jak dwie kobiety, które przechodzą przez coś trudnego i które chcą z tego wyjść. Razem.
Choroba trwale mnie zmieniła. Przestałam odkładać życie na później. Bardziej świadomie wybieram, z kim pracuję, jak żyję, na co się zgadzam. Bardziej szanuję swoje ciało, swoje tempo i chyba, co najważniejsze, zrozumiałam, że siła nie polega na braku słabości. Siła polega na tym, że mimo słabości i strachu decydujesz się iść dalej.
Zajmujesz się również mentoringiem kobiet — występujesz podczas licznych prelekcji oraz warsztatów. Czy na podstawie swojej pracy, jesteś w stanie stwierdzić, że pewność siebie kobiet w ostatnich latach wzrosła?
Widzę ogromną zmianę i mówię to z pełnym przekonaniem. Kiedy rozmawiam z kobietami, widzę, że coraz częściej są świadome. Swojego zdrowia. Swoich granic. Swoich potrzeb. Coraz rzadziej pytają: „Czy ja w ogóle mogę?”, a częściej: „Jak mogę to zrobić po swojemu?”. Jest też większa odwaga w tworzeniu biznesów. Kobiety nie chcą już tylko „mieć firmy”.
One chcą budować coś w zgodzie z wartościami. Chcą łączyć macierzyństwo z przedsiębiorczością. Chcą zarabiać i jednocześnie nie rezygnować z siebie. I to jest piękne, ale powiem też szczerze — ta pewność siebie często jest procesem, a nie stanem. Z zewnątrz wygląda na mocną, a w środku bywa krucha. Social media potrafią ją podkopać w sekundę. Porównania, presja, tempo Dlatego tak ważne jest realne wsparcie, rozmowa i bezpieczna przestrzeń, w której można powiedzieć: „Nie wiem”, „Boję się”, „Nie czuję się wystarczająca”.
Widzę, że kobiety są dziś odważniejsze niż kiedyś, ale wciąż bardzo potrzebują wspólnoty i może właśnie to jest największa zmiana, że coraz częściej chcemy się wspierać, a nie ze sobą konkurować.
Ważnym elementem Twojego życia jest wspieranie Stowarzyszenia „Razem”, którego jesteś przyjaciółką. Opowiedz coś więcej na ten temat.
Stowarzyszenie „Razem” to miejsce i ludzie, którzy naprawdę są ważną częścią mojego życia. Nie mówię tego z uprzejmości. Oni od lat są po prostu w mojej codzienności, w moim myśleniu, w moim sercu. W ramach corocznych Radomskich Dni Godności współorganizuję m.in. pokaz mody, w którym w rolę modelek i modeli wcielają się osoby z niepełnosprawnością. Ale szczerze? Sam pokaz jest tylko momentem, a najważniejsze jest to, co dzieje się wokół. Ich emocje. Ich ekscytacja. Czasem stres. Czasem nieśmiałość, która po chwili zamienia się w ogromną radość, kiedy słyszą brawa. W ich oczach naprawdę widać dumę. Taką czystą, bez udawania. Ja za każdym razem się wzruszam, bo widzę, jak bardzo potrzebujemy jako społeczeństwo takich momentów, w których przestajemy patrzeć przez pryzmat ograniczeń, a zaczynamy widzieć człowieka. Ci wspaniali ludzie uczą autentyczności w najczystszej formie. Tam jest szczerość, która czasem rozbraja bardziej niż jakiekolwiek słowa.
Co poradziłabyś osobie, która zaczyna przygodę z branżą modową?
Najpierw zadałabym jej jedno bardzo niewygodne pytanie: dlaczego chcesz to robić? Moda z zewnątrz wygląda pięknie — sesje, kolekcje, pokazy, estetyka, natomiast od środka to jest ogrom pracy, odpowiedzialności i niepewności. To są decyzje produkcyjne, terminy, zwroty, reklamacje, stres o sprzedaż. Jeśli motywacją jest tylko obrazek z Instagrama, to przy pierwszym kryzysie bardzo łatwo się wycofać.
Druga rzecz — poznaj realia. Branża modowa jest wymagająca finansowo i logistycznie. Zanim zaprojektujesz dziesięć modeli, spróbuj zrozumieć, ile kosztuje materiał, szycie, magazynowanie, marketing. Kreatywność to za mało. Potrzebna jest świadomość. I trzecia rzecz, najważniejsza — określ swoje wartości, bo jeśli ich nie nazwiesz na początku, rynek zrobi to za Ciebie. Pójdziesz za trendem, za presją ceny, za tempem, które nie jest Twoje. Moda może być piękną drogą, ale tylko wtedy, kiedy jest w zgodzie z Tobą. Inaczej bardzo szybko może zacząć boleć.
To nie jest łatwa branża, ale jeśli masz w sobie prawdziwą potrzebę tworzenia i jesteś gotowa/y na odpowiedzialność, to może dać ogromną satysfakcję.
Nad czym obecnie pracujecie w „BezAle”?
Teraz jesteśmy w bardzo ciekawym momencie. Z jednej strony rozwijamy kolejne modele i pracujemy nad nowymi odsłonami naszych sprawdzonych form, z drugiej strony mocno pracujemy nad pogłębianiem naszego modelu odpowiedzialnej produkcji. Chcemy, żeby każda rzecz, która wychodzi z „BezAle”, była naprawdę potrzebna, a nie tylko „ładna”.
Nieustannie rozwijamy też społeczność wokół marki. Dla mnie to jest bardzo ważny kierunek. „BezAle” to nie tylko ubrania, to przestrzeń rozmowy o jakości, o tempie życia, o ciele, o kobiecości, która jak wiadomo, nie ma jednej definicji. Chcemy być bliżej naszych klientek, słuchać ich jeszcze uważniej.
Każdego dnia pracujemy też nad sobą jako firmą. Nad tym, żeby rosnąć mądrze, w swoim rytmie. Bez pośpiechu, bez nadmuchanych ambicji, ale z jasnym poczuciem, kim jesteśmy i po co to robimy. Nie interesuje mnie wzrost za wszelką cenę. Interesuje mnie rozwój, który jest spójny z naszym DNA.
Na koniec chciałbym Cię zapytać, jakie pierwsze skojarzenia pojawiają się w Twojej głowie, kiedy słyszysz:
Radom — korzenie. Miejsce, z którego jestem i którego się nie wstydzę. Miasto, które mnie ukształtowało. Tutaj nauczyłam się odwagi i tego, że można budować coś wartościowego „stąd”, a nie tylko „mimo że stąd”.
Moda — odpowiedzialność. Za to, co wprowadzam w świat. Za materiały. Za komunikaty. Za to, czy dokładam się do nadmiaru, czy tworzę coś, co ma sens i zostaje z kobietą na lata.
Autentyczność — spójność. To, czy to, co mówię publicznie, zgadza się z tym, jak żyję prywatnie. To decyzje podejmowane wtedy, kiedy nikt nie patrzy. To odwaga bycia sobą, nawet jeśli nie zawsze jest to najbardziej opłacalne.
Rozmawiał: Elvis Strzelecki

