Duet World Interrupted, grający industrialny darkwave, łączy zimne, mroczne brzmienie syntezatorów z mocnym syntetycznym basem i przesterowaną gitarą oraz głębokim, kobiecym wokalem. Po dwóch ep-kach, wreszcie pojawił się album “Sorrow, Bring Me Joy”. O początkach zespołu, procesie twórczym i najnowszym wydawnictwie opowiedziała mi wokalistka World, Interrupted, Marta Sobczyk.
MM: Początki World, Interrupted sięgają czasów pandemii. Wcześniej każde z Was działało oddzielnie?
MS: Zanim poznałam Piotrka miałam swój własny zespół rockowy, gdzie najpierw grałam na gitarze i śpiewałam, a później przerzuciłam się na sam wokal. Piotrek zaczął uczyć się pisać muzykę dopiero jak zamieszkaliśmy razem. Podczas pandemii, kiedy stwierdziliśmy, że spróbujemy pograć razem, ja miałam już całkiem spore doświadczenie z jamowaniem z innymi muzykami. Dla Piotrka była to nowość. Co zabawne – mimo tego, że występowałam już też parę razy na scenie i Piotrek mnie widział. Stresowałam się zaśpiewać przy Piotrku po raz pierwszy na naszym jamie (śmiech).
MM: Kto zatem zainicjował zespół?
MS: Kiedy okazało się podczas wspólnego grania, że dogadujemy się muzycznie, pomimo słuchania kompletnie różnej muzyki i powstają z naszych jamów dobre piosenki, naturalną konsekwencją było pójście za ciosem i założenie zespołu. Choć żadne z nas nie spodziewało się wtedy, że wyniknie z tego coś poważniejszego.
MM: Stylistyka wyklarowała się od razu?
MS: W zasadzie tak. Nasza pierwsza ep-ka, to wynik dosłownie pierwszych jamów i od tamtej pory podążamy w podobnym kierunku, chociaż styl oczywiście trochę ewoluuje i czuję, że najnowsza płyta jest mroczniejsza, niż poprzednie ep-ki. Pozwalamy sobie też na więcej eksperymentów i czerpanie z szerszej gamy inspiracji. Niemniej – nie zakładamy z góry, jakie ma być brzmienie kolejnych utworów.
MM: Dużo w nich transu i mroku. Rozumiem, że to rezultat waszych twórczych zderzeń?
MS: Myślę, że tak. Mrok to nasza wspólna płaszczyzna muzyczna, na polu której dobrze się dogadujemy. Pomimo tego, że słuchaliśmy różnej muzyki, to była ona zawsze smutna, ciężka, mroczna. Transowość to raczej zasługa Piotrka, który zawsze słuchał atmosferycznej muzyki jak np. post metal, który nigdy do mnie nie przemawiał.
MM: To ciekawe, bo jako gitarzystce takie brzmienia zdają się być Ci naturalne.
MS: Niestety, ale nigdy nie identyfikowałam się jako gitarzystka i dlatego też porzuciłam w końcu ten instrument, kiedy zrozumiałam, że śpiewanie to moja prawdziwa pasja i że w ten sposób chcę i mogę wyrażać siebie. A co do metalu, to rzeczywiście swego czasu dużo go słuchałam, ale raczej klasyków. Potrzebuję by w muzyce dużo się działo i żeby przebijały z niej silne emocje.
MM: Czy trans je uwydatnia, czy raczej podtrzymuje?
MS: Podczas pisania utworów transowość i zapętlone brzmienie rzeczywiście pomagają mi się wczuć w emocje i dają mi pole do eksperymentowania z linią wokalu i ekspresją (czyli np. szeptem, krzykiem) Natomiast podczas słuchania muzyki najbardziej porusza mnie emocjonalny wokal.
MM: “Sorrow, Bring Me Joy” ma tylko jeden utwór, który zaśpiewałaś po polsku. Dlaczego?
MS: Tak jak chciałabym pisać po polsku, to jest to dla mnie zwyczajnie trudne. Ponieważ w moich tekstach lubię pisać trochę niejasno, używając metafor, czy trochę bardziej poetycko, po polsku dość łatwo zabrzmieć śmiesznie. Druga kwestia to to, że w swoich tekstach piszę zawsze od siebie, o swoich przeżyciach, emocjach, uczuciach. Niektóre piosenki to dla mnie swoista terapia. Śpiewając o czymś tak osobistym po polsku, czuję się czasem ‘zbyt odsłonięta’. Natomiast będę dążyła do tego, żeby nie uciekać od ojczystego języka i żeby na każdej płycie były piosenki po polsku.
MM: DJ Hiroszyma tak zremiksował “Bez Ciebie Nic”, że zrobił się z tego jeszcze bardziej taneczny numer. To była jego inicjatywa?
MS: Znając twórczość Grześka i jego minimalizm w muzyce, bardzo chcieliśmy, żeby zrobił remiks któregoś z naszych singli. Nie ingerowaliśmy zupełnie ani w jego wybór utworu, ani w styl, bo wiedzieliśmy, że będzie dobry i w ogóle się nie zawiedliśmy. Remiks jest świetny, mieliśmy okazję usłyszeć go na żywo w klubie i rzeczywiście świetnie buja!
MM: “Sorrow, Bring Me Joy” pozostawia pewien niedosyt. Czy po tym przebudzeniu w “Wake up” jest coś dalej?
MS: Zdecydowanie. Trochę nam zajęło wydanie pełnowymiarowego albumu. Myślę, że oboje musieliśmy trochę do tego dojrzeć i nabrać pewności siebie jako muzycy. Mamy teraz przed sobą jasny cel i będziemy do niego sukcesywnie dążyć. Nie próżnujemy i pracujemy już nad nowym materiałem, ale też nie będziemy go na pewno na siłę przyspieszać. Chcemy dać sobie czas na napisanie wartościowej płyty, która będzie godną kontynuację „Sorrow, Bring Me Joy”
MM: Tytułem puenty: czy smutek może przynieść radość?
MS: Smutek jest naturalnym elementem życia. Pozwala nam też lepiej docenić momenty szczęścia. Osobiście wierzę też, że smutek i w ogóle negatywne emocje mogą być impulsem do zatrzymania się, refleksji i zaopiekowania się sobą, czego sama doświadczam. Nawiązuje to też do naszej muzyki, która choć wyrasta ze smutku i trudnych przeżyć oraz brzmi momentami ‘brzydko’ i ‘brudno’, to jednak ostatecznie stara się odnaleźć w tym piękno. Mamy nadzieję, że nasi słuchacze też je dostrzegają.
Rozmawiał: Maciej Majewski
