To nigdy nie miała być asceza – SENOA wkracza na rynek beauty z nową definicją skinimalizmu

Minimalizm miał nas uratować. Od nadmiaru rzeczy, nadmiaru bodźców i nadmiaru decyzji. Miałyśmy kupować rzadziej, ograniczyć liczbę kosmetyków w łazience i przestać wierzyć, że naprawdę potrzebujemy osobnego produktu na każdą część ciała. I wiele dobrego z tego zostało. Tyle że po drodze „mniej” zaczęło oznaczać również mniej zapachu, mniej koloru, mniej pięknych opakowań i mniej zwyczajnej przyjemności.

 

A przecież można chcieć prostszej pielęgnacji i jednocześnie nie mieć najmniejszej ochoty na kosmetyki, których używanie przypomina rutynowe wykonywanie kolejnego obowiązku. Można mieć w łazience parę produktów, ale oczekiwać od nich więcej. Lepszego składu, przyjemniejszej konsystencji, pięknego zapachu, estetyki i działania, które realnie da się poczuć na skórze.

Właśnie tak skinimalizm interpretuje polska marka SENOA. Nie jako rezygnację, ale jako selekcję. Jeśli kupujesz mniej, nie musisz z niczego rezygnować. Przeciwnie, możesz oczekiwać, że każda rzecz, która zostaje na Twojej półce, da Ci więcej: lepiej zadba o skórę, będzie przyjemniejsza w użyciu i po prostu sprawi, że będziesz chciała do niej wracać.

Być może właśnie tego coraz częściej szukamy. Nie nadmiaru, ale też nie ascezy. Po prostu rzeczy, które naprawdę zasługują na swoje miejsce w naszej codzienności.

Mniej, czyli lepiej?

Wiele z nas dorastało w zupełnie innych klimatach niż te, które później zaczęłyśmy zapisywać na Pinterestowych tablicach. Meblościanka, komplet kryształów za szybą, ciężkie zasłony, dywany, serwetki i przedmioty, których funkcji nikt już właściwie nie pamiętał, ale „zawsze tu stały”. Nic dziwnego, że później zachwyciłyśmy się pustą przestrzenią. W świecie, w którym każdego dnia patrzymy na setki zdjęć, reklam, wiadomości i powiadomień, wizualna cisza potrafi być ulgą. Tyle że po pewnym czasie nawet ona potrafi stać się trochę… pusta.

Nie chcemy wracać do mieszkań zastawionych przypadkowymi przedmiotami, ale znów zaczęłyśmy kupować kwiaty, porcelanowe filiżanki, pstrokate tekstylia i bibeloty, które po prostu ciekawie wyglądają i sprawiają nam tym ogromną przyjemność. Bo życie składające się wyłącznie z tego, co absolutnie konieczne, byłoby nieznośnie szare i nudne. Podobnie jest z kosmetykami.

Nie potrzebujemy dziesięciu osobnych produktów do ciała. Ale jeśli rano i tak wchodzimy pod prysznic, naprawdę nie ma nic złego w tym, że chcemy, żeby przez tych kilka minut było nam po prostu dobrze. Żeby kosmetyk pięknie pachniał, miał przyjemną konsystencję, dobrze wyglądał na półce i zostawiał skórę w takim stanie, że następnego dnia znów mamy ochotę po niego sięgnąć. Może więc nie zatęskniłyśmy za nadmiarem. Zatęskniłyśmy za przyjemnością.

I coraz częściej oczekujemy, że jeśli mamy kupić jedną rzecz zamiast trzech, ta jedna musi naprawdę zasługiwać na swoje miejsce w łazience.

Zmysły też chcą mieć coś z życia

Lubimy rzeczy ładne. Lubimy zapachy, które zostają w pamięci. Lubimy miękkie materiały, ciepłą wodę, gładką skórę i kosmetyki, których używanie daje coś więcej niż poczucie odhaczenia kolejnego punktu na liście.

Zmysły potrzebują bodźców. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy jest ich zbyt dużo. I być może właśnie znalezienie tego złotego środka między „więcej” a „lepiej” jest dziś o wiele trudniejsze niż samo „mniej”.

Chcemy mieszkania, w którym można odetchnąć, ale nie chcemy czuć się w nim jak na wystawie sklepu z wyposażeniem wnętrz. Chcemy prostszej pielęgnacji ciała, ale niekoniecznie bezwonnych kosmetyków w identycznych opakowaniach, których jedyną zaletą jest to, że nie zajmują zbyt wiele miejsca i w podstawowy sposób robią to co mają robić.

Bo przecież pielęgnacja angażuje zmysły z definicji. Dotykamy skóry. Czujemy temperaturę wody. Rozprowadzamy kosmetyk dłońmi. Czujemy zapach jeszcze długo po wyjściu z łazienki. Dlaczego miałybyśmy z tego rezygnować?

Być może współczesny luksus nie polega już na posiadaniu większej liczby rzeczy. Polega na posiadaniu takich, do których naprawdę chce się wracać.

Pielęgnacja musi zmieścić się w codzienności

Są takie wieczory, kiedy naprawdę mamy ochotę nalać wody do wanny, zrobić peeling, nałożyć maskę i przez pół godziny nie odpowiadać nikomu na wiadomości. Są też takie, kiedy patrzymy na zegarek i nasz cały plan pielęgnacyjny wygląda następująco: prysznic, piżama, spać. Byle nie pomylić kolejności. I jedno nie jest bardziej wartościową formą dbania o siebie od drugiego.

Problem z dużą częścią współczesnej narracji o self-care polega na tym, że troska o siebie sama zaczęła przypominać projekt do zrealizowania. Świeca, pielęgnacyjny krok pierwszy, drugi, trzeci i czwarty, dwie godziny tylko dla siebie, herbata ziołowa i najlepiej jeszcze dziennik wdzięczności.

Wszystko pięknie. Tylko że jest jakiś zwykły wtorek, 23.40, jutro o 6.00 trzeba wstać do pracy, więc… może innym razem?

Dlatego prawdziwie minimalistyczna pielęgnacja nie powinna wymagać specjalnej okazji. Ma działać także wtedy, kiedy mamy pięć minut. Nie dokładać kolejnego obowiązku, tylko wykorzystywać czynności, które i tak wykonujemy. Dokładnie tę codzienność SENOA wpisuje w swoją filozofię.

Violetta Mrowiec, właścicielka marki, przyznaje, że na początku wcale nie zaczęła od konkretnego produktu.

„W branży beauty pracuję od 2013 roku, ale chciałam stworzyć coś bardziej intymnego dla kobiet. Nie kolejną chwilę dla siebie w salonie kosmetycznym czy SPA, tylko coś, co może wydarzyć się po prostu we własnej łazience. Dopiero później przyszły konkretne produkty, testy i formuły. W taki sposób powstała SENOA” – mówi.

I to rozróżnienie jest ważne. Łazienka naprawdę nie musi codziennie zmieniać się w domowe SPA. Czasami wystarczy, żeby kilkuminutowy prysznic był po prostu odrobinę przyjemniejszy.

Pięć minut też się liczy

Dobrym przykładem takiego myślenia jest olejek do mycia ciała, jeden z kluczowych produktów SENOA. Używasz go podczas czynności, którą i tak wykonujesz. Ma oczyszczać skórę, ale jego formuła została zaprojektowana tak, aby jednocześnie pozostawiać ją miękką i bardziej komfortową po myciu.

Jeżeli rano naprawdę nie masz czasu, Twoja pielęgnacja może skończyć się właśnie tutaj. A jeżeli wieczorem masz go więcej, dokładnie ten sam kosmetyk może stać się elementem dłuższej kąpieli. I właśnie w tym jest coś bardzo współczesnego. Nie musimy wybierać pomiędzy szybkim życiem a celebrowaniem codzienności. Jednego dnia potrzebujemy czegoś prostego. Innego chcemy zostać w łazience trochę dłużej.

Skinimalizm w takim wydaniu nie polega więc na odbieraniu sobie kolejnych rzeczy. Polega na tym, żeby jeden produkt potrafił dać nam wystarczająco dużo, abyśmy nie czuły potrzeby dokładania następnych tylko dlatego, że tak wygląda „prawidłowa rutyna”. Podobną zasadę SENOA przenosi na pozostałe kosmetyki. Peeling, balsam czy bardziej treściwa maska nie tworzą obowiązkowego wieloetapowego programu. Są możliwościami, po które można sięgać zależnie od czasu, nastroju i tego, czego danego dnia potrzebuje skóra.

Mniej produktów nie musi przecież oznaczać mniej zadbanej skóry. Może oznaczać po prostu lepiej przemyślane wybory.

Dobry kosmetyk może działać i nadal pachnieć obłędnie

Przez lata rynek beauty przyzwyczajał nas do pewnego wizualnego podziału. Produkty, które chciały komunikować skuteczność i zaawansowane formuły, często wyglądały niemal aptecznie. Z kolei te piękne, pachnące i zmysłowe sprzedawały przede wszystkim doświadczenie.

Coraz częściej nie chcemy już wybierać między jednym a drugim.

Faktycznie chcemy mieć w łazience mniej. Lubimy przejrzystą półkę zamiast kilkunastu przypadkowych butelek. Ale właśnie dlatego produkty, które na niej zostają, muszą robić więcej. Ładne opakowanie może przyciągnąć uwagę, zapach może sprawić, że pierwszy raz sięgniemy po produkt z ciekawości, ale o tym, czy kupimy go ponownie, decyduje już coś więcej.

Dlatego w SENOA zmysłowość nie ma zastępować działania. Formuły opierają się między innymi na olejach roślinnych, maśle shea, skwalanie, witaminie E i wybranych składnikach aktywnych, które mają wspierać nawilżenie, wygładzenie i komfort skóry.

Jednocześnie marka nie rezygnuje z przyjemności używania kosmetyków. Wręcz przeciwnie. Zapach jest tutaj równie ważny jak konsystencja czy skład. Kompozycje zostały skonstruowane podobnie jak perfumy, z nutami głowy, serca i bazy, dzięki czemu mają rozwijać się na skórze i zostawać z nami dłużej niż sam moment kąpieli.

Bo dlaczego skuteczny kosmetyk miałby nie pachnieć pięknie? Dlaczego dobry skład miałby wykluczać estetyczne opakowanie? I dlaczego rozsądny zakup nie może jednocześnie być małą zachcianką?

Być może właśnie na tym powinien polegać dobrze rozumiany skinimalizm. Nie na wykreślaniu kolejnych przyjemności w imię minimalizmu, ale na szukaniu kosmetyków, które łączą kilka światów jednocześnie. Dobrze działają. Są przyjemne. Ładnie wyglądają. Nie komplikują codzienności.

Kupujemy mniej, ale paradoksalnie zyskujemy więcej.

Mamy już dość marek, które próbują nas naprawiać

Jest jeszcze jeden rodzaj nadmiaru, który coraz bardziej męczy: nadmiar komunikatów o tym, co powinnyśmy w sobie zmienić.Wygładzić. Ujędrnić. Odmłodzić. Wyszczuplić. Poprawić. Zlikwidować. Każdy centymetr ciała może stać się problemem, jeśli tylko odpowiednio długo będziemy patrzeć na reklamę. A przecież ograniczanie nadmiaru w pielęgnacji może dotyczyć nie tylko liczby produktów. Może dotyczyć również liczby problemów, które ktoś próbuje nam sprzedać razem z rozwiązaniem.

„SENOA nie powstała po to, żeby tworzyć kobietom kompleksy i przekonywać je, że potrzebują stu kremów, najlepiej osobnego na każdą część ciała. Nie chcę pokazywać kobietom, że są niedoskonałe, bo doskonałość po prostu nie istnieje. Kosmetyk ma być czymś, co dobrze działa i do czego chce się wracać, a nie kolejnym powodem do oceniania siebie” – mówi Violetta Mrowiec.

To zmienia perspektywę .Ciało przestaje być projektem do nieustannego poprawiania. Jest czymś, o co warto dbać nie dlatego, że powinno spełniać określony standard estetyczny, ale dlatego, że każdego dnia tak wiele dla nas robi. Może więc problem nigdy nie leżał w samym „mniej”. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przez przypadek razem z nadmiarem wyrzucamy przyjemność.

Dojrzały minimalizm nie musi oznaczać pustej łazienkowej półki, bezwonnych kosmetyków i rezygnacji z rzeczy, które po prostu sprawiają nam frajdę. Może oznaczać coś znacznie prostszego: mniej przypadkowych produktów, więcej takich, które naprawdę lubimy. Takich, które dobrze działają, pięknie pachną i sprawiają, że chce się do nich wracać. Bo dobrze przemyślane “mniej rzeczywiście może znaczyć “lepiej”.

 

Nikt jeszcze nie skomentował

Pozostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Akceptuję zasady Polityki prywatności

I.D. MEDIA AGENCJA WYDAWNICZO-PROMOCYJNA

info@idmedia.pl
tel. +48 609 225 829


redakcja@ikmag.pl

 

Magazyn kobiet spełnionych,

Śledź na: 

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.