„Nie” dla innych jest bardzo często najpiękniejszym „tak” dla siebie. Rozmowa z Anetą Węgrzynowską

Zmęczenie stało się nowym standardem, które nie zna wieku ani kodu pocztowego. Kobiety działają, ogarniają, uśmiechają się – a w środku coraz częściej czują napięcie i pustkę. „Jestem zmęczona” – to zdanie w swoim gabinecie Aneta Węgrzynowska słyszy najczęściej i jak przyznaje, uważa, że mogłoby to być hasło kobiet XXI wieku. O życiu na autopilocie, o ciele, które w końcu zaczyna mówić „dość”, i o tym, dlaczego dziś coraz częściej uroda przestaje być tylko kwestią pielęgnacji… a zaczyna być odbiciem tego, co dzieje się w środku, rozmawiamy z Anetą Węgrzynowską, kosmetolog, naturopatka i autorka książki „Piżama, prosecco i święty spokój”.

 

 

 

 

 

 

Wiele tekstów w książce powstało na bazie rozmów z Pani klientkami. Co w tych rozmowach powtarzało się najczęściej? Jakie wątki, jakie problemy?

„Jestem zmęczona” – to zdanie słyszę najczęściej. I to nie jest zmęczenie po jednym dniu. To jest zmęczenie szybkim życiem. Dużą ilością „muszę”.  Długim byciem dla wszystkich. Studentka. Menadżerka. Mama. Emerytka. Role się zmieniają – ale to uczucie zostaje. Bo dziś przeciążenie stało się wspólnym mianownikiem kobiet. I bardzo często za tym zdaniem pojawia się coś jeszcze: „Ja już nie wiem, czego potrzebuję.” To jest moment, który porusza mnie najbardziej. Bo to znaczy, że kobieta była tak długo dla wszystkich… że przestała być dla siebie.

Jednym z problemów współczesnych kobiet jest życie „na autopilocie”. Kiedy zorientowała się Pani, że wiele kobiet funkcjonuje właśnie w takim trybie? Czy Pani także żyła kiedyś „na autopilocie”?

Tak, długo żyłam na autopilocie. Ta książka zaczęła się ode mnie. Byłam pracoholiczką. Na zewnątrz wszystko się zgadzało. W środku – coraz większe zmęczenie i coraz mniej mnie.

Kiedy uświadomiła Pani sobie ten stan? I co Pani zrobiła, bo to przerwać?

Był moment, kiedy spojrzałam w lustro i poczułam, że patrzę na kobietę, którą nigdy nie chciałam być – zmęczoną, napiętą, wiecznie gdzieś biegnącą. I wtedy zrozumiałam, że to nie jest życie. To jest funkcjonowanie w trybie przetrwania. Zmiana nie przyszła nagle. Zaczęła się od zatrzymania – ale nie takiego, które planujesz. Tylko takiego, do którego zmusza Cię ciało.

I Panią ciało zmusiło, tak?

Tak. U mnie to były sygnały, których nie dało się już ignorować. Alergie. IBS. Endometrioza. Wypalenie… Coraz większe napięcie w ciele, rozdrażnienie, bezsenność, przewlekłe zmęczenie. To był moment, w którym ciało powiedziało: „dość”. Wtedy zrozumiałam, że nie da się już iść dalej tylko siłą woli. Trzeba się zatrzymać. I zacząć słuchać. I to był prawdziwy początek zmiany. A potem zaczęłam widzieć więcej. Słuchać uważniej kobiet, które do mnie przychodziły. Ich historii. Ich zmęczenia. I zobaczyłam, że to nie jest tylko moja historia. Ta książka jest moim głosem – ale też głosem setek kobiet, które żyją bardzo podobnie.

Dlaczego – Pani zdaniem – tak wiele kobiet traktuje swoje ciało bardziej jak projekt do poprawy niż jak sprzymierzeńca?

Bo tego nas nauczono. Że ciało ma wyglądać, działać i nie sprawiać problemów. A kiedy coś się dzieje – trzeba je naprawić. Szybko. Bez zatrzymywania się. Zakamuflować problem. Tylko że ciało to nie projekt. To relacja. I kiedy przez lata jesteś dla wszystkich, a nie dla siebie – ciało zaczyna mówić. Kiedy zajeżdżasz siebie, nie dajesz sobie snu, regeneracji, oddechu…

Kiedy wymagasz od siebie za dużo i za długo – ciało w końcu Cię zatrzyma. Czasem chorobą. Czasem depresją. A wcześniej – dużo wcześniej – mówi ciszej. Trądzikiem. Wypadaniem włosów. Przewlekłym zmęczeniem. Ciało komunikuje się z nami cały czas. Tylko musimy nauczyć się go słuchać.

W swojej książce „Piżama, prosecco i święty spokój” pisze Pani, że ciało często „pamięta emocje”. Czy w swojej pracy rzeczywiście widzi Pani związek między psychiką a kondycją skóry czy włosów?

Codziennie. Kobieta przychodzi z problemem skóry czy włosów, a ja bardzo często widzę pod spodem napięcie, stres i przeciążenie. Organizm, który nie ma już zasobów. Dziś mamy coraz lepsze technologie, coraz bardziej zaawansowane składniki, a efekty utrzymują się coraz krócej.

Dlaczego?

Bo ciało nie ma warunków do regeneracji. Jeśli układ nerwowy jest w ciągłym napięciu, jeśli organizm funkcjonuje w przeciążeniu, to będzie się odbudowywał znacznie wolniej. I wtedy nawet najlepszy zabieg nie daje trwałego efektu. Dlatego dziś nie patrzę tylko na skórę. Patrzę na cały organizm. I dokładnie z tej obserwacji powstała AlunaVita — jako wsparcie dla ciała, które najpierw potrzebuje wrócić do równowagi, żeby w ogóle mogło się regenerować.

Czym jest dla Pani zdrowy egoizm?

To moment, w którym kobieta przestaje żyć tylko dla innych. To nie jest egoizm przeciwko komuś. To jest powrót do siebie. Moment, w którym zaczynasz rozumieć: „Ja też jestem ważna”. Zaczynasz słuchać siebie — bez poczucia winy, bez tłumaczenia się. To jest zgoda na to, żeby nie być dla wszystkich, tylko w końcu być dla siebie.

Gdyby czytelniczka po przeczytaniu książki miała zrobić tylko jedną rzecz dla siebie — co chciałaby jej Pani powiedzieć?

Zatrzymaj się. Ale tak naprawdę. Porozmawiaj ze sobą. Ze swoim ciałem. Ze swoją duszą. Zadaj sobie proste pytanie: co już nie jest moje? Co mnie męczy? Czego naprawdę potrzebuję? Bo większość z nas jest tak długo w tym kołowrotku, że przestaje siebie słyszeć. A wszystko, czego szukasz, już w Tobie jest.

W książce dużo mówi Pani o zmęczeniu, ale też o udawaniu, że wszystko jest w porządku. Dlaczego kobiety tak często zakładają tę „maskę”?

Bo zostałyśmy tego nauczone. Że mamy być silne, ogarnięte, zawsze miłe i uśmiechnięte. Że mamy dawać radę — niezależnie od tego, co się dzieje w środku. I z czasem ta „maska” przestaje być czymś, co zakładamy. Ona staje się naszą codziennością. Problem w tym, że to kosztuje ogromną ilość energii. Bo możesz oszukać świat, ale nie oszukasz swojego ciała — i ono w końcu zaczyna to pokazywać.

 A gabinet bardzo często jest pierwszym miejscem, gdzie ta maska spada, prawda?

Czasem wystarczy jedno pytanie: „Jak się naprawdę czujesz?”. I nagle pojawiają się łzy. Ulga. Prawda. I wtedy zaczyna się coś ważniejszego niż pielęgnacja czy zabieg — zaczyna się powrót do siebie.

Jakie zdanie, które usłyszała Pani od klientki, najmocniej w Pani zostało?

Było wiele takich zdań, ale jedno wraca do mnie bardzo często: „Ja już nie mam siły żyć.” I to nie było powiedziane dramatycznie. To było ciche, spokojne, prawdziwe. Za tym zdaniem bardzo często kryło się coś jeszcze: że kobieta zgubiła siebie, że nic jej już nie cieszy, że wszystko robi, „bo trzeba”, ale nie czuje już sensu. I to mnie poruszyło najmocniej. Bo to nie jest brak siły. To jest życie w przeciążeniu, w odłączeniu od siebie, w trybie przetrwania. I właśnie z takich zdań powstała moja książka — żeby pokazać kobietom, że to, co czują, to nie słabość, tylko sygnał. Sygnał, że już wystarczy. Że można inaczej. I że można wrócić do siebie, nawet z bardzo daleka.

W drugim rozdziale pada stwierdzenie: „Czasem wystarczy jedno zdanie: Też tak mam — żeby uratować komuś życie”. Czy tą książką chciałaby Pani uratować kobiece życia?

Jeśli ta książka miałaby choć jedną kobietę wesprzeć, byłabym najszczęśliwszą osobą na świecie. Dla mnie podczas jej pisania najważniejsze było jednak coś innego — pokazać, że to, co czujemy, jest wspólne. Że wiele z nas jest zmęczonych tą pogonią, tempem, ciągłym „muszę”. Że nie jesteśmy w tym same. Bo prawda jest taka, że nie wszystko jest takie, jak wygląda. Żyjemy dziś w świecie pozorów: piękne zdjęcia, uśmiechnięci ludzie, idealne kadry. A bardzo często pod tym uśmiechem jest samotność, cisza, ciemność, o której nikt nie mówi.

Można mieć „wszystko” — dobrą pracę, znajomych, podróże, życie, które z zewnątrz wygląda idealnie — a w środku być zupełnie pogubioną.

Owszem. Można być młodą, piękną kobietą i jednocześnie być w depresji. Dodatkowo cały czas porównujemy się do obrazów, które nie istnieją — do świata, w którym wszyscy wstają o 5 rano, ćwiczą, mają idealne ciało i zawsze sobie radzą. Tylko że to nie jest prawda. I dlatego czasem jedno zdanie „też tak mam” ma tak ogromną moc. Bo daje ulgę, zdejmuje ciężar i pozwala poczuć, że nie jesteś jedyna, że nie jesteś przegrana. Czasami to naprawdę wystarczy, żeby coś w środku zaczęło się zmieniać.

W książce pojawia się dużo luzu, humoru, momentami nawet dosadnego języka. To świadomy zabieg, żeby dotrzeć do kobiet bardziej niż „grzeczne” poradniki?

Tak — bardzo świadomy. Chciałam, żeby ta książka była rozmową. Taką prawdziwą, bez filtra. Jak spotkanie dwóch kobiet przy kawie albo przy prosecco. Bez zadęcia, bez udawania. Z przestrzenią na śmiech, zmęczenie, złość i ciszę. Bo można być ekspertką i nadal mówić prosto, po ludzku. To nie jest poradnik — nie znajdziesz tam „10 kroków do szczęścia”. To jest zaproszenie: do zatrzymania się, do słuchania swojego ciała, do odpuszczenia, do bycia bliżej siebie, do znalezienia równowagi między codziennym pędem a wewnętrzną ciszą. Napisałam tę książkę, bo sama się zgubiłam — w świecie, który uczy nas działać, ale nie uczy nas czuć. Wiem, jak to jest żyć w napięciu, udawać, że wszystko jest dobrze, kiedy w środku jest chaos. Ale wiem też, że można inaczej. Można przestać zasługiwać. Można zacząć traktować siebie jak najważniejszą osobę w swoim życiu. I chciałam, żeby kobieta, która to czyta, poczuła jedno: „Nie jestem sama. Mogę inaczej. Mogę wrócić do siebie.”

Czy po napisaniu tej książki sama żyje Pani inaczej niż wcześniej?

Staram się. Nie zawsze mi to wychodzi, ale jest dużo lepiej. Widzę więcej, pozwalam sobie na więcej, częściej odpuszczam i bardziej siebie cenię. Ta książka była dla mnie formą autoterapii. Przeszłam długą drogę — od pracoholizmu, wypalenia, życia w napięciu. Nie potrafiłam mówić „nie”, a przecież każde „nie” dla innych jest bardzo często najpiękniejszym „tak” dla siebie. Byłam w relacjach, które mnie niszczyły. Dbałam o innych, o ich skórę, o ich potrzeby, a nie umiałam zadbać o siebie. Dziś jestem w innym miejscu. To połączenie pracy z głową, ciałem, emocjami — naturopatii, Totalnej Biologii, kosmetologii — pozwoliło mi zobaczyć więcej i zrozumieć siebie głębiej. Było wiele upadków, ale każdy z nich czegoś mnie nauczył. Dzisiaj jestem dumna z drogi, którą przeszłam. I chyba to jest dla mnie najważniejsze — że nie muszę być idealna, że mogę być prawdziwa. I bardzo chciałabym, żeby każda kobieta zrozumiała jedno: że jest wystarczająca, że nie musi na nic zasługiwać i że kiedy zacznie dbać o siebie, tym spokojem i szczęściem zacznie naturalnie dzielić się z innymi.


Aneta Węgrzynowska – kosmetolog, trycholog, naturopatka oraz szkoleniowiec i wdrożeniowiec marki beauty z 15- etnim doświadczeniem.

Autorka książki „Piżama, prosecco i święty spokój” oraz twórczyni projektu AlunaVita.

W swojej pracy łączy nowoczesną kosmetologię z podejściem psychosomatycznym i biologicznym, pokazując, że trwałość efektów zabiegowych zaczyna się od warunków w organizmie – regulacji układu nerwowego, redukcji przeciążenia i odbudowy zdolności regeneracyjnych.

Tworzy rozwiązania dla kobiet żyjących szybko – proste, skuteczne i oparte na realnych potrzebach ciała, umysłu i skóry.

 

2 komentarze

Pozostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

I.D. MEDIA AGENCJA WYDAWNICZO-PROMOCYJNA

info@idmedia.pl
tel. +48 609 225 829


redakcja@ikmag.pl

 

Magazyn kobiet spełnionych,

Śledź na: