Burn to polski duet triphopowy, w skład którego wchodzą wokalistka Ewa Baran oraz producent Bartek Brzeziński. Właśnie ukazuje się ich debiutancka płyta zatytułowana “Chopped And Shattered”, która łączy w sobie różne fascynacje muzyczne obojga, zaś lirycznie dotyka wielu aspektów relacyjności. O wspólnej pracy i powstawaniu albumu bardzo szeroko opowiedziała mi Ewa.
MM: Gdzie Ci bliżej: do muzyki improwizowanej, piosenki poetyckiej, ambientu, czy trip hopu?
EB: To, co gram, zależy od instrumentu, który akurat trzymam w dłoniach. Najdalej mi chyba do piosenki poetyckiej – to zupełnie nie moja bajka. Moim żywiołem jest improwizacja – zwłaszcza gdy z dziewczynami z Nocy tworzymy noise, a ja bawię się ścianami dźwięku, efektami i smyczkiem na basie. Ten proces towarzyszy mi też przy rejestrowaniu nietypowych partii instrumentalnych, czy sampli. Ostatnio naturalnie skręcam w stronę ambientu, dlatego sukcesywnie rozbudowuję swój setup o moduły analogowe. Choć kocham trip-hop, on wymaga solidnego fundamentu rytmicznego, a ja potrzebowałam kogoś, kto czuje ten klimat tak jak ja. Z Bartkiem rozumiemy się bez słów – wychowaliśmy się na Portishead, Lamb czy Massive Attack. Wysyłam mu utwór, a on odsyła bity, które siedzą idealnie.
MM: W Burn jesteś tylko wokalistką i autorką tekstów?
EB: W tym projekcie skupiam się głównie na śpiewie, choć zdarza mi się modyfikować przejścia akordów, by lepiej współgrały z linią melodyczną. Czasem to ja wychodzę z inicjatywą kompozytorską, do której Bartek dopisuje swoją aranżację – więcej takich owoców naszej współpracy usłyszycie prawdopodobnie na nowej płycie. Utwór „Remain” to Bartka remix mojego starego, industrialnego numeru wyciągniętego ‘z szuflady’, natomiast w „That” cała końcówka opiera się na partii mojego pianina. Praca z Bartkiem to dla mnie ogromna szkoła. Obecnie to mój jedyny projekt, w którym ‘tylko’ śpiewam i czuję, że mój głos ma tu ogromne znaczenie. Bartek potrafi mnie zmotywować do nieszablonowych rozwiązań; wspólnie analizujemy różne utwory, szukając inspiracji do partii wokalnych. Proces twórczy jest tu niezwykle precyzyjny – on często rozbudowuje instrumentarium po moich pierwszych śladach, by podkreślić konkretne frazy. W przeciwieństwie do innych współprac / zleceń, gdzie działa się szybko, tutaj wszystko jest ‘wyliczone matematycznie’, a oboje zawodowo jesteśmy analitykami (śmiech). Teksty piszę pod melodię, rygorystycznie licząc sylaby, a potem długo pracujemy nad wymową i akcentami (co uświadomiło mi, ile jeszcze muszę poprawić w moim angielskim!). Na koniec, po precyzyjnej edycji wokali, decydujemy o dodaniu harmonii i chórków. A to, co najbardziej uwielbiam, to sposób w jaki Bartek miksuje moje wokale. Są czyste, miękkie, odpowiednio ubrane w reverb, który nadaje im przestrzeni, ale jednocześnie nie ‘rozmywa’ końcówek, które staram się precyzyjnie ‘wykończyć’. Przychodzi mi na myśl sposób, w jaki to robił Will Gregory w Goldfrapp. Do tego ta zabawa w ‘chopsy’ wokalne, które z każdym utworem są coraz ciekawsze i mamy z nich większą frajdę.
MM: No właśnie – czyim pomysłem było ‘rwanie’ Twoich wokali?
EB: Chyba moim, bo pomysł pojawił się po usłyszeniu w radio utworu „Utopia” Jackson And His Computer Band. Pod względem technicznym, „Utopia” to pokaz mistrzostwa w samplowaniu i edycji. Cały utwór jest zbudowany na precyzyjnym cięciu fragmentów wokali i składaniu ich w nową całość. Jackson na pomysł wpadł w trakcie wizyty z siostrą u babci we Francji. W nagraniu słyszymy głosy jego najbliższych: wokale zostały wykonane przez jego matkę (Paulę Moore, która była piosenkarką folkową i bluesową) oraz jego siostrzenicę. W Burn te cięcia nie są aż tak duże i raczej są dodatkiem. Natomiast pomysł spodobał się Bartkowi – z każdym kolejnym utworem wpadał na kolejne i nowe techniki cięcia. Czasem ciął sam wokal, czasem całą ścieżkę. Mnie dawało to kolejne pomysły na rytmiczne wokale, które nadawały utworom więcej energii. Bartek ma już teraz tyle moich wokali i jest w tych cięciach tak dobry, że śmiejemy się, że następną płytę nagra już z samych pociętych staroci. Poza tym ‘pocięte’ wokale zgrywały nam się z roztrzęsionym, rozedrganym sercem z tekstów utworów. I lubimy je używać zamiennie. Chopped (vocs) and shattered (heart) lub odwrotnie (śmiech).
MM: Te utwory zdają się być mimo wszystko dość zwarte. Na etapie tworzenia były dłuższe lub bardziej potoczyste?
EB: A tu jest kilka kwestii. Bartek przede wszystkim jest świetny w budowaniu struktury utworu. Nie wiem, czy tego uczyli na Abbey Road Institute, czy to już kwestia doświadczenia również w bardziej mainstremowych utworach. Dema zazwyczaj są minimalnie inne niż efekt końcowy, ale już na samym początku wszystko ma tam swoje miejsce: zwrotka, refren, bridge. Mnie to również pomaga w budowaniu struktury wokalu. Czasem jak mam problem z pomysłem na wokal, nagrywam różne wersje na końcu tracku i Bartek tnie je według swojej wizji – ja wtedy to śpiewam ponownie. Te utwory szły jeden za drugim, ale w przypadku „Blossom” było więcej pracy. Była zwrotka, refren, zwrotka, refren i wszystko się rozmywało, mimo całkiem fajnego pomysłu. Napisałam do Bartka, żeby wywalił ostatnią zwrotkę i bridge zrobił z cięć wokali. I okazało się, że ten bridge jest najmocniejszym punktem płyty. Ja często zwracam się do Bartka w ostrym pocięciu moich solowych utworów. “Wszystko fajnie Ewa, ale po 2:40 już przestałem słuchać ” (śmiech). Wtedy wiem, że trzeba coś skrócić, coś wyrzucić, bo sam riff, czy motyw jest męczący na dłuższą metę. Po drugie – takie było założenie płyty – ma być w punkt. Oboje więc dajemy sobie informacje zwrotne – tu za dużo instrumentala, to za dużo wokalu – tu trzeba coś zmienić…
MM: Wydaje się, że masz do niego duże zaufanie. Nie obawiałaś się oddawać mu swoich partii do dalszej produkcji?
EB: Za Bartkiem to ja w ogień wskoczę (śmiech). Nasza współpraca nie była przypadkiem. Burn krystalizowało się przez miesiące wspólnych poszukiwań brzmieniowych. Od dłuższego czasu krążyliśmy wokół swoich projektów – ja użyczałam głosu w solowej twórczości Bartka, on był rytmicznym pulsem moich utworów. Znaliśmy się więc idealnie i wiedzieliśmy, co nam się podoba i czego możemy od siebie oczekiwać. Spotkaliśmy się też rodzinnie w Krakowie. Bartek świetnie dogaduje się z moim mężem. Tu się wszystko doskonale klei (śmiech). To, co robimy w Burm, jest nasze, więc nie jest to tak, że coś oddaję Bartkowi pracujemy nad tym wspólnie. Ale owszem – oddaję mu często perkusję do swoich utworów. Ja wiem, że on czuje to tak jak ja i w zasadzie nigdy nie miałam uwag. Czasem wysyłałam utwór i nie potrzebował nawet ‘briefu’. Tak się stało z „Place Where I Belong To” z mojej solowej płyty. Perkusja dodała mu klimatu – pozwolę sobie na to porównanie – „Teardrop” Massive Attack, który uwielbiam. Bartek też czasem dostaje ode mnie utwory do miksu, jeśli ten miks mnie przerasta. Mam szczęście mieć wokół muzyków, którym mogę wysłać coś bez stresu, że dograją coś, co mi się nie spodoba. Bartek jest jedną z takich osób. Dodatkowo mi się świetnie z nim współpracuje, bo mam możliwość wyboru – on współpracuje z różnymi wokalistami / wokalistkami. Jeśli mi coś nie podejdzie – on to wysyła komuś innemu. Nikt się nie obraża, nie ma tematu. Idziemy dalej. Ale Bartek również funkcjonuje w muzyce nieco jak ja. Ma kilka projektów, w którym może rozwijać nieco inne rozwiązania i inną muzykę. To również pierwszy profesjonalny producent z którym pracuję. Z solidną podstawą teorii muzyki, co w ostatnim czasie – zwłaszcza muzyki komputerowej – jest rzadkością. I to wcale nie jest kwestia jakiegokolwiek wywyższania się. To mega ułatwienie. On wie, w jakiej tonacji zagrać, żeby mi się wygodnie śpiewało i żeby mój głos brzmiał najlepiej. Wie jak zrobić instrumental i jakie rytmy pobudzają mnie do śpiewania bardziej soulowego, czy bardziej melancholijnego. Wie też, jak poprowadzić aranż, żeby mi się dobrze śpiewało. Dla wielu producentów, którzy – owszem – radzą sobie bez tej wiedzy, to temat tabu. Ale gdyby tylko wiedzieli, jak to ułatwia pracę, nie byłoby tylu kłótni i nieporozumień między producentem i wokalistą. Ostatnio usłyszałam takie zdanie, że współpraca, to nie kompromis, współpraca to rozwój. I tego się trzymam. Dopóki zmiany dla obu stron są ‘lepszym pomysłem’, jest dobrze. Jeśli zaczynamy się przepychać ze swoimi racjami, to trzeba albo zacząć od nowa, albo z innym producentem.
MM: ‘Pockets That Remain Broken Often Blossom Late At Night’ – jak rozumieć ten tytuł w kontekście płyty?
EB: To miał być pierwotny tytuł płyty – czyli utwory na płycie miały się ułożyć w tytuł. To nam ułatwiło pracę nad składaniem jej w całość, bo były tytuły i była kolejność instrumentali, więc rozbudowa opierała się na rozwinięciu tekstu wokół tytułu oraz dobraniu wszystkiego tak, by utwory ze ‘spoken words’ nie następowały po sobie oraz by jakieś rozwiązania cięcia, czy melodii nie dublowały się kolejno. Pierwsza wersja tego tytułu była bardziej pesymistyczna, ale Bartek zmienił ją lekko w sposób, który pozostawia ‘nadzieję’. Słowo ‘Blossom’ i jedyny pozytywny tekst na płycie, miały w tym swój udział. Dla lepszej komunikacji zostawiliśmy krótszy tytuł, ale ten długi, który powstał z tytułów pozostał jako gratis (śmiech).
MM: Dużo na tej płycie wątków końca, czegoś ostatecznego, tkwienia w martwym punkcie lub chaosie. Tak jakby cała jej narracja zmierzała… No właśnie – dokąd?
EB: Właśnie dlatego w „Blossom” pojawia się na końcu ta nutka nadziei. Często śmiejemy się z Bartkiem, zastanawiając się, skąd bierze się w nas ten mrok, skoro oboje prowadzimy szczęśliwe życie rodzinne. Może te duszne brzmienia i ciężkie teksty stanowią niezbędną przeciwwagę dla spełnienia i miłości, które otaczają nas na co dzień? To zresztą domena trip-hopu: duszne bity, gładkie wokale i trudna tematyka. Może to również wynika z tego, że jeśli piszę o miłości, to jest to szczere i dotyczy często mnie i mojego męża, a ten rodzaj ‘otwarcia się’ pozostawiam już tylko sobie, bo zawsze chcę to robić po swojemu. Tak było przy „262626”, gdzie każdy utwór oddawał inny odcień tego uczucia. „Blossom” jest dla mnie wisienką na torcie, bo czuję, jak bardzo rozwinął mnie wokalnie. Pozwolił mi wyjść z ‘wypalenia’, które ciągnęło się za mną z poprzednich doświadczeń. Dziś rozwijam się też na innych polach muzycznych, więc zniknął ten dawny kompleks, że ‘tylko śpiewam’. A co do mroku… Może ludzie po prostu łatwiej utożsamiają się z nieszczęśliwą miłością, bo ta odwzajemniona zdarza się rzadziej? W moim zespole Noce, gdzie w pięć dziewczyn wykonujemy pieśni pogrzebowe, nasza wokalistka często żartuje: „Nie śpiewamy o miłości, bo nie każdy ma na nią szansę. Śpiewamy o śmierci – bo ta czeka każdego”.
MM: Jak rozumiem, pracujecie już na drugą płytą Burn?
EB: Tak, są już dwa utwory gotowe i kilka demówek. Ta płyta będzie bardziej taneczna. Jesteśmy oboje pod wpływem ostatniej płyty Noviki i Sambora, Raye, Self Esteem… Chcemy połączyć nowoczesne rozwiązania wokalne z melodiami, które nie chcą się odkleić, a jednocześnie zachować ten wokal na poziomie, który jest specyficzny i jest jakimś wyróżnikiem. Zupełnie nie przemawiają do mnie współczesne utwory, w których wokal jest dodatkiem. Albo utwory z wokalami nieco ‘koślawymi’. Sama gram dużo instrumelntali i często bez wokalu muzyka wchodzi mi lepiej. Ale skoro już śpiewam, to chcę zrobić to tak, żeby to miało jakieś znaczenie. Chcemy iść w klimaty Moloko i Kosheen i wykorzystywać również więcej instrumentów analogowych. Staramy się również o stypendium w jednym fajnym miejscu, ale na razie nie chcę zapeszać. Będzie to oznaczać, że spędzimy ze sobą tydzień w profesjonalnym i w pełni wyposażonym studio nagraniowym. Wtedy aż grzech by było nagrywać tylko wirtualne instrumenty.
MM: A będziecie grali koncerty?
EB: Kilka utworów z „Chopped And Shattered” gram na swoich solowych koncertach, loopujac i tnąc wokale na żywo na Boss RC505. „Late” graliśmy na koncercie NUN Electro z Taknado. Wspólny koncert wymaga trochę dopracowania. Druga płyta będzie bardziej koncertowa i bardziej taneczna. Bartek kompletuje sprzęt do grania na żywo. Jak przygotujemy set tak, żeby nie był jak to nazywam ‘radosnym odsłuchaniem płyty z zespołem na scenie’, będziemy starać się o koncerty. Chciałabym mieć perkusistę na scenie jak Kosheen, czy nasi znajomi z Włoch – zespół Pinhdar. Ja z basem (kupiłam kilka efektów które nadają bardziej syntetyczne brzmienie) i na wokalu, a Bartek by ogarniał synthy i gitarę. Mamy małą międzynarodową grupkę znajomych zespołów i myślimy żeby ruszyć w łączoną trasę. Plus kilka klubów w Polsce.
MM: A czy nagrania z płyty będą lub są remiksowane?
EB: W sumie o tym nie myśleliśmy. Współpracujemy z różnymi producentami, ale najczęściej robimy coś zupełnie innego i nowego razem. W sumie współpracujemy razem około dwóch lat. W tym czasie powstał „Chopped And Shattered”, Bartek nagrał swoja płytę solową, ja swoją, pojawiliśmy się na składance Music From Poland w barwach Go!Boys Records, Tomka Grocholi z Agressiva69 i Tomka Tumidajewicza ze SmoGGG, a także pojawiliśmy się na składankach Trip Hop Still Burning Trip Hop Lovers. Poza tym Bartek zmasterował mi i Dougowi płytę „Till I Wilt”, która też niedawno wyszła, mamy współpracę Lo-Fi z TabInStereo. Bartek ma swoje dwa inne projekty: The $cientist i Thunderfuzz, odsłuchuje moich miksów z ambientowych projektów i grzebie w moich solowych singlach. Do tego zmasterował kawałki na płytę z remiksami InDelight, która też wkrótce się ukaże . Zrobił też sam jeden z remiksów. Jakoś nie było okazji, żeby pomyśleć o remiksach naszych numerów. Ale tak jak pisałam wcześniej – druga płyta będzie bardziej sprzyjała również remiksom.
Rozmawiał: Maciej Majewski
