Kashia Vega to piosenkarka, songwriterka, pianistka i kompozytorka zawodowo związana z Berlinem. Właśnie ukazał się jej debiutancki album ,,Kropla” utrzymany w stylu poetyckiego art-popu. To opowieść o kobiecej sile, która płynie z wnętrza, a zarazem autorska opowieść o kobiecie, która konfrontuje się z własnymi schematami, odzyskuje głos i buduje swoją siłę na nowo. W poniższej rozmowie autorka szeroko opowiedziała o koncepcie „Kropli” i jego założeniach, a także o tym, jak zamierza go rozwinąć.
MM: Co było bezpośrednim impulsem do stworzenia “Kropli”?
KV: Album „Kropla” i proces jej tworzenia wyrosły z bardzo osobistych, wewnętrznych poszukiwań. To był czas, w którym odkrywałam siebie na nowo – swoją kobiecość, swoją naturę, swoją wewnętrzną prawdę. Poznawałam ją nie tylko w samotności, ale też w relacji z innymi kobietami – w kręgach, na warsztatach, w rozmowach, w przestrzeniach, gdzie można było być autentyczną i naprawdę się spotkać. Ale ten proces nie miał miejsca wyłącznie na poziomie prywatnym. Równolegle funkcjonowałam w moim drugim życiu zawodowym, jako ekspertka od komunikacji politycznej, działając na arenie międzynarodowej i koordynując kampanię wspierającą pozycję zawodową kobiet, gdzie również temat kobiecości, ich siły i ich miejsca w świecie był bardzo obecny. I w pewnym momencie te dwa światy zaczęły się przenikać. To, co przeżywałam ja, spotykało się z historiami innych kobiet. Zaczęłam dostrzegać, że to nie jest tylko moja opowieść – że to jest coś znacznie szerszego i większego ode mnie. „Kropla” stała się więc zapisem tego procesu. Intymną, ale jednocześnie uniwersalną historią o przemianie – o kobiecie, która, jak woda, nieustannie się zmienia, a jednocześnie pozostaje wierna swojej istocie.
MM: Energia męska była wyłączona z tego procesu?
KV: To bardzo dobre pytanie. Myślę, że żeby naprawdę zbliżyć się do siebie, najpierw trzeba na chwilę wycofać się ze świata zewnętrznego – z relacji, oczekiwań, bodźców – i spotkać się ze sobą samą. Zadać sobie pytanie: kim ja jestem dla siebie, jak siebie widzę, dokąd zmierzam. Dlatego w pierwszym etapie tworzenia „Kropli” ten pierwiastek męski nie był w centrum. To był czas bardzo intymny, skupiony na kobiecym doświadczeniu. Ale ta droga szybko pokazała mi coś ważnego – że nie jesteśmy jednowymiarowi. Że każdy z nas niesie w sobie zarówno energię kobiecą, jak i męską. Światło i cień. Siłę i kruchość. I właśnie ta wielowymiarowość zaczęła naturalnie pojawiać się w mojej muzyce. Na płycie opowiadam o różnych odcieniach miłości – do siebie, do drugiego człowieka, o relacjach, które nas budują i tych, które nas czegoś uczą. Pięknym dopełnieniem tej opowieści jest dla mnie obecność męskiego głosu na płycie – zaprosiłam do duetu wspaniałego artystę Damiana Ukeje. Ale utwór “O tej, co kochała za bardzo” nie jest tylko historią o kobiecie, która ‘kochała za bardzo’. To opowieść o momencie przebudzenia – o zrozumieniu własnej wartości i o tym, że miłość zaczyna się od nas samych. Dopiero wtedy jesteśmy gotowi, by przyjąć tę zdrową, prawdziwą relację. I że nikt z nas nie jest połówką jabłka, wszyscy jesteśmy kompletni. Więc energia męska jest w „Kropli” obecna – ale nie jako dominująca siła, tylko jako część większej całości. Jako dialog. Jako spotkanie.
MM: Pytam o to, bo energia kobieca zdaje się rozsadzać tę płytę…
KV: To ciekawe, że tak to odbierasz. Ja nie myślałam o tej energii jako o czymś, co ‘rozsadza’. Raczej jako o czymś, co przenika. „Kropla” jest dla mnie opowieścią o kobiecej naturze, ale nie w sensie siły, która eksploduje, tylko tej, która działa subtelnie – jak woda. Ona nie musi być gwałtowna, żeby zmieniać rzeczywistość. Ona płynie, dostosowuje się, czasem jest spokojna, a czasem bardzo intensywna – ale zawsze pozostaje w ruchu i w procesie. Ta płyta jest bardzo autorefleksyjna, momentami wręcz intymna. Jeśli pojawia się w niej jakaś ‘moc’, to wynika ona nie z napięcia, czy ekspresji na zewnątrz, ale z głębokiego kontaktu ze sobą. Być może właśnie to bywa odczuwane jako intensywne – ta cicha, skupiona energia, która nie krzyczy, a jednak jest bardzo obecna. Taka, która porusza coś głębiej i zostaje na dłużej. Dlatego „Kropla” nie jest dla mnie eksplozją, tylko procesem – cichą, ale konsekwentną przemianą.
MM: Myślę, że można ją też odbierać w ten sposób, ponieważ jest dość krótka.
KV: Ciekawe spojrzenie. Rzeczywiście „Kropla” jest stosunkowo krótka – to siedem utworów, które wybrałam bardzo świadomie. Każdy z nich reprezentuje inny etap drogi bohaterki, o której opowiadam. Te piosenki różnią się między sobą – brzmieniem, emocją, sposobem prowadzenia głosu – bo każdy etap tej wewnętrznej podróży jest inny. To zbiór momentów tworzący spójną historię. Ale ta opowieść nie kończy się na płycie. Ona bardzo żyje na koncertach. Tam mogę ją rozwijać, dopowiadać kolejne wątki, wprowadzać nowe utwory i prowadzić słuchacza jeszcze dalej. Koncerty, które trwają aktualnie około 90 minut, stają się więc naturalną kontynuacją „Kropli” – przestrzenią, w której ta historia oddycha pełniej i może wybrzmieć w jeszcze szerszym wymiarze.
MM: Czemu “Bogini Wody” ma dwie wersje?
KV: „Bogini Wody” ma dwie wersje, bo od początku czułam, że ten utwór ma w sobie dwa różne życia. Pierwotnie powstała jego dłuższa, ponad pięciominutowa wersja – bardzo rozbudowana, z ważnym dla mnie bridge’em, który zmienia rytm i wprowadza zupełnie inną energię. To był moment, którego nie chciałam się pozbywać, bo niesie ze sobą coś bardzo cielesnego i intuicyjnego. Jednocześnie miałam świadomość, że taka forma nie zawsze ma przestrzeń, żeby wybrzmieć – szczególnie w radiu, gdzie liczy się inna dynamika i szybciej trzeba złapać uwagę słuchacza. Dlatego powstała druga, krótsza wersja – bardziej skondensowana, ale zachowująca esencję utworu. Drugi ważny aspekt, to warstwa wizualna. Do „Bogini Wody” stworzyłyśmy animację poklatkową, która była ogromnym, wielomiesięcznym procesem artystycznym. Każda sekunda tej historii została ręcznie wypracowana przez artystki Cecylię Kotlicką i Natalię Gilicką – od malarstwa, po ożywienie obrazu. I tutaj naturalnie pojawiła się decyzja o długości – forma wizualna i muzyczna musiały się spotkać w punkcie, który będzie spójny i nie straci swojej intensywności. Dlatego te dwie wersje nie konkurują ze sobą – one się uzupełniają. Jedna pozwala wejść głębiej w świat utworu, a druga zaprasza do niego.
MM: No właśnie – powstały klipy do wszystkich utworów z płyty poza “Lwicą”. Dlaczego? Ten to przecież wręcz triumfalny manifest.
KV: To prawda – „Lwica” aż prosi się o teledysk. I rzeczywiście był taki plan. Zdecydowałam się jednak na chwilę wstrzymać, bo ten utwór ma dla mnie jeszcze jeden wymiar – powstała także jego angielska wersja – nawet jeszcze przed polskojęzyczną – którą planuję wydać jako mój pierwszy anglojęzyczny singiel. Biorąc pod uwagę, że od lat żyję i tworzę w międzynarodowym środowisku, poczułam, że to może być dobry moment, żeby otworzyć tę historię szerzej. Dlatego pojawiła się myśl, żeby podejść do tego inaczej – być może stworzyć jedną, spójną koncepcję wizualną, która połączy oba językowe światy. Jednocześnie „Kropla” jest projektem niezależnym. To daje mi ogromną wolność artystyczną, ale też oznacza, że każdy element – również warstwa wizualna – powstaje bardzo świadomie i w swoim tempie. Każdy klip to osobna, rozbudowana forma, tworzona we współpracy z artystkami i artystami z różnych dziedzin. To daje ogromną wolność, ale też wymaga czasu i przestrzeni na podejmowanie kolejnych decyzji. Dlatego w pewnym momencie świadomie zrobiłam pauzę – żeby złapać oddech i zobaczyć, w jakim kierunku chcę dalej rozwijać tę warstwę wizualną. Ale to na pewno nie jest zamknięty temat. „Lwica” wciąż we mnie pracuje i mam poczucie, że jeszcze znajdzie swoją formę. Bo ta historia naprawdę dopiero się zaczyna.
MM: Mówisz, że formuła koncertowa pozwala poszerzyć tę opowieść. Czy te siedem utworów, to pełna narracja, jaką chciałaś zawrzeć na “Kropli”?
KV: Te siedem utworów nie jest pełną narracją, tylko jej esencją. To takie kroki milowe tej opowieści – momenty, które były dla mnie najważniejsze i które budują jej fundament. „Kropla” nie miała być zamkniętą historią, raczej zaproszeniem do niej. Dlatego ta opowieść naturalnie rozwija się dalej – szczególnie na koncertach. Tam mogę ją poszerzać, dopowiadać kolejne wątki, prowadzić słuchacza głębiej. Moje koncerty, o ile pozwala na to przestrzeń, mają również swoją scenografię i wizualizacje – tworzymy światło, obrazy, atmosferę, które dopełniają tę historię i pozwalają jeszcze mocniej się w niej zanurzyć. Moim celem było stworzenie przestrzeni, w której ktoś może nie tylko wejść w tę opowieść, ale też spotkać się sam ze sobą. I to może się wydarzyć zarówno podczas słuchania płyty, jak i – jeszcze intensywniej – na żywo.
MM: Ale te interwały, które pominęłaś, mogłyby ją wzbogacić.
KV: Oczywiście. I tak naprawdę – one istnieją. Mam w sobie i w swoich szkicach znacznie więcej materiału, niż znalazło się na płycie. Ale w pewnym momencie musiałam podjąć decyzję, z jaką formą i z jaką opowieścią wychodzę do słuchaczy. „Kropla” jest więc świadomym wyborem – koncentracją na tym, co w tej historii było dla mnie najważniejsze na danym etapie. To jest kwestia decyzji o formie. Każdy utwór to osobny proces – od kompozycji, przez aranż, po produkcję – dlatego ważne było dla mnie, żeby nadać tej opowieści konkretny kształt i wypuścić ją, kiedy będzie gotowa. I tak też się stało. A jednocześnie ta historia żyje dalej. Nowe utwory powstają. Niektóre z nich już pojawiają się na koncertach, inne dopiero czekają na swój moment. Można więc powiedzieć, że to, co nie pojawiło się jeszcze na płycie, jest po prostu częścią dalszej drogi.
MM: Czy to oznacza, że będzie kontynuacja?
KV: To bardzo dobre pytanie – jeszcze nikt mi go w wywiadzie nie zadał. Na pewno planuję kolejne wydawnictwa – w tym anglojęzyczne single, które już powstały na bazie „Kropli”. Myślę też o wydaniu jako singla mojej kompozycji do jednego z wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej – to dla mnie bardzo szczególna forma spotkania muzyki i słowa. Naturalnym krokiem wydaje się też dalsze rozwijanie tej opowieści w nowych formach i językach. Jestem storytellerką, więc myślę o „Kropli” nie tylko jako o zamkniętym projekcie, ale jako o fragmencie większej historii. Takiej, która – jak życie – składa się z różnych etapów, ale ma jeden wspólny mianownik. W mojej głowie pojawia się wiele kierunków – od bardziej minimalistycznych, fortepianowych form, po kolejne piosenki i projekty, które już zaczynają powstawać. Nie chcę jeszcze niczego definitywnie zamykać, ani zapowiadać, bo ten proces wciąż trwa. Ale jedno czuję bardzo wyraźnie: to nie jest koniec tej drogi – to jej początek. A jeśli miałabym odpowiedzieć jednym obrazem – kropla nigdy nie jest końcem. Ona zawsze płynie dalej i staje się częścią większego nurtu.
MM: Będzie Cię można usłyszeć na żywo tej wiosny?
KV: Tak – i bardzo się z tego cieszę, bo „Kropla” naprawdę żyje na scenie. Pod koniec kwietnia odbyła się niemiecka premiera koncertowa w Bonn, mieście Ludwika van Beethovena, która była dla mnie bardzo ważnym momentem tej drogi. W czerwcu, m.in. 18.06, planuję koncerty w Berlinie, a także kolejne występy w różnych formatach – zarówno kameralne, jak i bardziej rozbudowane, w tym wydarzenia dedykowane kobiecym przestrzeniom i spotkaniom w okolicach Szczecina. Będę wszystko za moment ogłaszać na swoich profilach na Facebooku i Instagramie. Pojawią się też koncerty prywatne, które mają zupełnie inny, bardzo intymny charakter. Uwielbiam spotkania z publicznością – tę wymianę energii, która za każdym razem jest inna i niepowtarzalna. Do zobaczenia na koncertach i w świecie KROPLI!
Rozmawiał: Maciej Majewski


