Filip Offman: Nie było już ze mną rozmowy — był tylko nałóg

Uzależnienie nie zawsze ma postać alkoholu czy narkotyków. Czasem ukrywa się w relacjach, w potrzebie bycia kochanym za wszelką cenę, w oddawaniu siebie komuś, kto sam jest zagubiony. O wychodzeniu z mroku, odbudowie życia i o kobiecie, która została wtedy, gdy wszystko się rozpadało — mówi w szczerej rozmowie Filip Offman, autor książki „Lazareth”.

 

 

 

 

Czy moment, w którym zacząłeś pisać „Lazareth”, był dla Ciebie początkiem porządkowania własnej przeszłości?

Pisanie Lazareth nie było decyzją. To nie był moment: „siadam i porządkuję swoje życie”. To raczej coś, co zaczęło się dziać samo — jakby napięcie, które przez lata nie miało ujścia, w końcu znalazło drogę. Przez długi czas wszystko tłumiłem. Narkotyki, alkohol — to był sposób, żeby nie czuć, żeby nie musieć konfrontować się z tym, co siedzi w środku. Umysł był rozbity, rozdygotany, a rzeczy, które się wydarzyły, zostawały bez nazwy i bez formy. W pewnym momencie to już nie mogło zostać w środku.

Traktowałeś pisanie jak formę terapii?

Tak, ale ale nie takiej świadomej i uporządkowanej. To nie było opowiadanie swojej historii krok po kroku, tylko wyrzucanie z siebie atmosfery i ciężaru, którego nie dało się już utrzymać. Ta książka nie jest jeden do jednego moim życiem. Nie stanowi zapisu konkretnych wydarzeń ani dokładnego odbicia doświadczeń. Oczywiście są tam fragmenty bardzo mi bliskie, sytuacje, które wydarzyły się naprawdę, ale to nie one są najważniejsze.

Najbliżej prawdy w tej książce jest nie fabuła, tylko uczucie — mrok, poczucie beznadziei, świadomość, że niszczysz własne życie i mimo to idziesz dalej w tym samym kierunku.

W książce pojawia się wiele wątków związanych z relacjami i emocjonalnym uzależnieniem – czy one, Twoim zdaniem, mogą być równie silne jak uzależnienie np. od alkoholu czy narkotyków? Jak Twoje uzależnienie wpływało na sposób budowania relacji z innymi ludźmi?

Relacje potrafią uzależniać równie mocno jak substancje — czasem nawet bardziej, bo nie odcinasz się tylko od chemii, ale od drugiego człowieka i tego, co sobie w nim zbudowałeś. Jeśli tworzysz relacje oparte na używkach, są one silne, ale tylko na powierzchni. Łączy was jeden stan — zmieniona świadomość. W nim spędzacie czas, budujecie więź i wspólną tożsamość, ale wszystko istnieje wyłącznie w tej przestrzeni.

Używki zmieniają percepcję — sposób widzenia ludzi, odbierania emocji i interpretowania bliskości. Kiedy ten stan znika, znika też relacja. Znam to bardzo dobrze. Są noce pełne deklaracji, które brzmią jak braterstwo na całe życie, a potem przychodzi tydzień trzeźwości i nie ma nawet jednej wiadomości.

Dzisiaj nie ma przy mnie ani jednej osoby z tamtego świata. To najlepiej pokazuje wartość relacji budowanych na używkach. Uzależnienie emocjonalne na trzeźwo jest jeszcze głębsze — wtedy nie uciekasz w stan, tylko w drugiego człowieka. W Lazareth widać to na przykładzie Travisa — chłopaka bez poczucia własnej wartości, który szuka go na zewnątrz.

Każdy z nas to robi, tylko pytanie, gdzie trafia. Często autorytetem staje się to, czego najbardziej nam brakuje. Jeśli brakuje miłości, będziesz jej szukać wszędzie — nawet tam, gdzie jej nie ma. Zaczynasz wtedy mylić pojęcia: myślisz, że miłość to bliskość fizyczna, a czułość to uleganie komuś, kto sam jest rozbity i manipuluje tobą. To nie jest relacja — to uzależnienie.

Po używkach relacje w ogóle nie istnieją naprawdę. Nie jesteś sobą, tylko chwilową wersją siebie — iluzją. A na iluzji nie da się zbudować nic trwałego.

Książka prowadzi czytelnika przez bardzo intensywne doświadczenia bohatera. Czy Twoim celem było bardziej „wstrząsnąć”, czy skłonić do refleksji?

Pisząc Lazareth, nie miałem jednego konkretnego zamiaru. To nie było zaplanowane działanie: „teraz chcę wstrząsnąć” albo „teraz chcę skłonić do refleksji”. Wiedziałem tylko, że mam doświadczenie i że widziałem rzeczy, które zostają w człowieku. Ta historia musiała mieć ciężar.

Moja narracja opiera się jednak na pokazywaniu, nie na tłumaczeniu. Nie chcę mówić czytelnikowi, co ma myśleć ani czuć. Chcę pokazać sytuację, emocję, moment — i zostawić go z tym samego. To jest dla mnie najciekawsze.

Widzę już po reakcjach, że każdy czyta tę książkę inaczej. Ilu czytelników, tyle interpretacji. Niektóre są dla mnie zaskakujące — ktoś dostrzega rzeczy, których sam bym tak nie odczytał. To oznacza, że książka daje przestrzeń.

Chcę pisać w taki sposób, który nie narzuca znaczeń, tylko zostawia miejsce dla inteligencji i doświadczenia czytelnika. To, co z tym zrobi, będzie jego. Może zobaczyć w bohaterach siebie albo kogoś, kogo znał. I wtedy ta książka zaczyna działać naprawdę.

Dlatego Lazareth nie jest dla każdego — bo nie każdy chce zobaczyć takie rzeczy w sobie lub w świecie, który zna.

Jak dziś – z perspektywy trzeźwości – patrzysz na siebie sprzed lat?

Nie ma dnia, żebym o tym nie pamiętał. To nie znika — tylko staje się cichsze, ale nadal obecne. Wracając do siebie sprzed lat, czuję głównie żal, a głębiej — wstyd.

Są rzeczy, których nie da się zapomnieć ani cofnąć. Decyzje, które zostają nie tylko w tobie, ale też w innych. Żyjąc w taki sposób, zawsze zostawiasz po sobie ślad — cień. Trzeba się z tym pogodzić.

Dzisiaj widzę to inaczej. Cień nadal jest, ale zmienił się kierunek. W pewnym momencie wszystko zaczyna zależeć od ciebie — czy będziesz go wydłużać, czy zaczniesz go skracać. U mnie się skraca. Czasem jest prawie niewidoczny, ale świadomość pozostaje: on nigdy nie znika całkowicie.

Czy trudniejsze było odzyskanie kontroli nad sobą czy odbudowanie relacji?

W teorii wszystko jest proste — uświadamiasz sobie problem i przestajesz. W praktyce to tak nie działa. Wychodząc z nałogu, nie odzyskujesz kontroli — zaczynasz od zera. Nagle nie wiesz, kim jesteś, bo twoja tożsamość była zbudowana na czymś, co znika. Pierwsi znikają ludzie — relacje oparte na jednym stanie rozpadają się natychmiast. Zostajesz sam.

Z czasem zaczynasz jednak dostrzegać coś innego. Niektórzy ludzie nie odeszli — oni po prostu nie chcieli patrzeć, jak się niszczysz. I kiedy zaczynasz się zmieniać, wracają.

U mnie niezwykle ważna była moja żona. Stała przy mnie w najgorszym momencie i widziała mnie takim, jakim sam nie chcę siebie pamiętać. A mimo to została i wierzyła, że przestanę. Tego nie da się wytłumaczyć ani zapomnieć.

Pojawia się też potrzeba udowodnienia wszystkiego — chcesz nadrobić stracony czas, pokazać swoją wartość. Ale z czasem rozumiesz, że tego nie da się przyspieszyć. Zmiana jest widoczna tylko w czasie.

Najważniejsze jest to, że głowa nie wraca od razu do normalności. Myślenie zmienia się stopniowo — miesiąc po miesiącu. Alkohol i narkotyki zmieniają percepcję, więc wychodzenie z tego wymaga czasu — na odbudowanie życia i samego siebie.

Co dziś daje Ci poczucie sensu?

Dzisiaj wszystko zaczyna się od rodziny — od ludzi, którzy byli przy mnie, kiedy sam już nie byłem sobą. Był moment, w którym wszyscy się ode mnie odwrócili i rozumiem to. Nie było już ze mną kontaktu — był tylko stan.

Ale moja żona została. Widziała wszystko i mimo to była. Dzisiaj to daje mi największe poczucie sensu — świadomość, że jestem dla niej i dla mojej córki kimś realnym, kimś, przy kim czują się bezpiecznie.

Najbardziej zostają momenty, kiedy ktoś, kto widział twój upadek, mówi, że jest z ciebie dumny i że cię kocha. To działa najmocniej, bo przestaje chodzić o ciebie — zaczyna chodzić o to, żeby tego nie stracić.

To daje mi stabilność i napęd. Chcę być lepszy nie tylko dla siebie, ale dla nich. Bo byłem kiedyś takim samym chłopakiem jak Travis — spragnionym miłości. Różnica jest taka, że ja trafiłem na właściwą osobę.

Jeśli czytelnik miałby zabrać jedną myśl z książki?

Każdy wyniesie coś innego i to jest najważniejsze. Nie prowadzę czytelnika za rękę ani nie narzucam interpretacji. Zostawiam przestrzeń dla jego emocji i doświadczeń.

Każdy niesie inne życie, inne historie i rany, dlatego ta sama scena może znaczyć coś zupełnie innego dla różnych osób. I właśnie w tym tkwi sens tej książki.

 

2 komentarze
  1. Klimat , emocje i debiut, więc momentami widać pewną nierówność narracji i kontrowersyjne wątki mogą nie przypaść każdemu do gustu, ale książka wyróżnia się odwagą i intensywnością emocji. Dla fanów cięższych thrillerów psychologicznych będzie to krótka, ale mocna lektura. Z przyjemnością przeczytam następne książki Filipa.

  2. Mocne wyznanie. Pamiętam Filipa z czasów kiedy był w “sztosie”. Mi to nigdy do niego nie pasowało. Widać, że on nie chciał tego – on nie miał innej perspektywy. Każdy kto czuje trochę bardziej, prędzej czy później dojdzie do wniosku, że alko i dragi to największy syf. Cieszę się, że on to zostawił. Ja też jestem czysty. Najlepsza decyzja w moim życiu. Autora pozdrawiam, mam nadzieję, że się spotkamy ale na trzeźwo, na spokojnie. Może kiedyś.

Pozostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

I.D. MEDIA AGENCJA WYDAWNICZO-PROMOCYJNA

info@idmedia.pl
tel. +48 609 225 829


redakcja@ikmag.pl

 

Magazyn kobiet spełnionych,

Śledź na: