Imperium Kobiet - Logo
Magazyn Kobiet Spełnionych
Wywiady

Jestem reżyserką swojego życia

Wywiad z Małgorzatą Ostrowską

Właścicielka najbardziej rockowego kobiecego głosu w Polsce, jedna z najbardziej wyrazistych piosenkarek na naszej scenie muzycznej. Fanka drapieżnych fryzur i niezliczonej ilości butów. Małgorzata Ostrowska opowiada czytelniczkom Imperium Kobiet o nowej płycie, „Szklanej pogodzie” i Marku Jackowskim.
Jestem reżyserką swojego życia
Zawsze idzie Pani przebojem przez życie?
- Absolutnie nie, chyba nawet dosyć rzadko. (śmiech)

Sprawia jednak Pani wrażenie kobiety, która idzie przez życie jak burza?
- To tylko pozory. I być może projekcja, wyobrażenie, jakie ludzie mają na mój temat. To, jak mnie odbierają na scenie, przenoszą do mojego życia osobistego. Na scenie tryskam energią, jestem chodzącym żywiołem. W życiu codziennym niezupełnie. Życie zawodowe artysty nie zawsze jest jednoznaczne z życiem prywatnym. Czasami jedna część życia dopełnia drugą.

Jest Pani uznawana za jedną z najbardziej charyzmatycznych wokalistek polskiej sceny muzycznej...
- Bardzo mi miło i cieszę się, jeśli tak postrzega mnie publiczność. To dla artysty, bez względu na to w jakiej dziedzinie funkcjonuje i tworzy, ogromny komplement.

Czym według Pani jest charyzma?
- Charyzma to coś, co porusza ludzi. Charyzma jest siłą, składającą się z kilku cech charakteru i umiejętności, które dopiero razem tworzą osobowość, przyciągającą innych ludzi. Charyzmatyczna osoba potrafi zaprezentować się w odróżniający ją od reszty sposób. Potrafi przyciągnąć do siebie uwagę tłumu.

Przy Pani charyzmie scenicznej płyta koncertowa wydaje się być naturalną decyzją...

- Wiele lat marzyłam o tym, by wydać solową płytę - płytę koncertową, ale przez wiele lat wytwórnie, manager i ludzie z branży odradzali mi ten pomysł. Wszyscy twierdzili, że takie wydawnictwa są bardzo niekomercyjne. Teoretycznie płyty koncertowe się nie sprzedają, a radia nie puszczają kawałków z tych albumów. Mimo to stwierdziłam, że pora tupnąć nogą i trzeba wreszcie zrobić to, na co mam ochotę. Poza tym, cały czas wierzę, że ten album się sprzeda. Podobno na Zachodzie, w Ameryce wraca moda na płyty koncertowe. Jest przesyt produkcji studyjnych. Prawdopodobnie słuchaczom znudziły się plastikowe brzmienia. Chcieliby trochę prawdy. Wierzę, że i w Polsce sytuacja się zmieni.

Na Pani ostatniej płycie pojawiają się fantastyczni goście: Cugowski, Sobczak, Jackowski. Dlaczego oni?
- Piotr Cugowski ma nieprawdopodobny głos i niesamowitą, nieokrzesaną energię rockową. Taką, która mnie natychmiast inspiruje i prowokuje do podobnej odpowiedzi. Jego wykonanie „Tańca pingwina na szkle" totalnie mnie powaliło. Uważam, że jest to w tej chwili być może najdoskonalszy głos na polskiej scenie muzycznej. Znamy się od wielu lat. Zresztą, wszyscy moi goście zaproszeni są po linii przyjaźni. Dłuższej albo krótszej.

Czyli nie istniał żaden klucz doboru gości?
- Nie. Choć w sumie mogę powiedzieć, że kluczem było moje zamiłowanie do ekstremalnych emocji. Z jednej strony Piotr Cugowski, z drugiej Maciej Sobczak i jego bluesowa nostalgia, melancholia. Marek Jackowski to chyba najbardziej zaskakujący gość na tym koncercie i płycie. Przez całe lata 80. i 90. przemierzaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz i nigdy nie spotkaliśmy się w realu. Stało się to dopiero w grudniu ubiegłego roku, gdy wylecieliśmy do Stanów, zaproszeni do zupełnie innego projektu. Właśnie w Ameryce powstał pomysł napisania wspólnie piosenki. Tak narodził się utwór „Po niebieskim niebie”, który był pierwszym singlem promującym płytę. Piosenka powstawała w wirtualnej przestrzeni, bo Marek mieszka we Włoszech, ja w Polsce, więc spotykaliśmy się na skypie. Ponownie zobaczyliśmy się dopiero przed koncertem w radiowej Trójce. To niezwykle urokliwy człowiek. Oprócz ogromnego szacunku do jego dokonań, mam do niego ogromną sympatię. Czwarty mój gość to wulkan energii, niekończące się źródło pomysłów - Robert Friedrich, działający pod pseudonimem Litza. Znamy się wiele lat. Zdarzyło się nam współpracować jeszcze w czasach jego grania z Acid Drinkers. Przyjaźnimy się prywatnie. Mieszkamy w tej samej miejscowości pod Poznaniem - w Puszczykowie. Spotykamy się też poza muzycznie, choć niestety rzadko. Z Litzą graliśmy na tym samym koncercie i grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Tym bardziej, że deklaruje się jako pasjonat tamtych czasów, czasów „Szklanej pogody”, którą zresztą z nami zagrał. Niestety, nie udało nam się jej zamieścić na tym wydawnictwie.

Zawsze jednak, nie oszukujmy się, będzie Pani kojarzona z wielkim hitem Lombardu „Szklana pogoda”. Ten utwór to Pani szczęście, czy raczej przekleństwo?
- Na pewno szczęście. Myślę, że wielu wykonawców chciałoby mieć w swoim repertuarze utwór, który przez wiele lat tak jednoznacznie będzie się z nimi kojarzył. Oczywiście, są chwile, kiedy mam już dość „Szklanej pogody", bo chciałabym, żeby publiczność poznała i pokochała także inne moje piosenki, ale nie mogę się zżymać, ponieważ pracowałam na to całe lata.

Jeszcze jako dziecko pamiętam Panią z kultowego filmu „Podróże Pana Kleksa”, gdzie jako królowa Aba śpiewała Pani „Meluzynę”.

- Kiedy tam grałam, to nie miałam świadomości, że powstaje kultowy film, bo ten kult tworzył się przez lata. Poza tym, powiem szczerze, Brzechwę uwielbiam, ale w małych formach. Gdy czytałam „Akademię Pana Kleksa" nie zrobiła ona na mnie żadnego wrażenia. Dziś, po tak długim czasie, cieszę się, że zagrałam w filmie, który według mnie jest fenomenem. Nie ma w nim żadnych efektów specjalnych, stosuje najprostsze środki, a mimo to stał się kultowy i ponadczasowy, uwielbiany przez najmłodszych.

Cofnijmy się na chwilę do początków Pani muzycznej kariery. Swoje pierwsze kroki stawiała Pani w big bandzie Koliber...
- To był big band działający przy szkole muzycznej, do której uczęszczałam mając 11-12 lat. Przyprowadziła mnie do niego moja starsza siostra. Wyjeżdżała wtedy do Koszalina i oznajmiła, że teraz ja będę ją zastępować i śpiewać w zespole. I prawdę powiedziawszy nie miałam wtedy za wiele do powiedzenia. Nie chciałam jednak wiązać swojego życia z muzyką. Marzyłam o karierze biologa. Zdawałam na studia biologiczne, ale się nie dostałam. Dziś mówię, że na szczęście! Później podjęłam naukę w poznańskim Studiu Sztuki Estradowej. Tam, razem z Wandą Kwietniewską, Grzegorzem Stróżniakiem i Andrzejem Sobolewskim, stworzyliśmy grupę wokalną Vist, z której później powstał zespół Lombard.

Ładuje Pani akumulatory we wspomnianym wcześniej Puszczykowie. Przyznaję, piękne miejsce. Miałam okazję odwiedzić je w listopadzie. Ma swój urok.
- Tak, tam odpoczywam, regeneruję siły i ładuję akumulatory. Tam czuję się lepiej, bo życie ma wymiar bardziej normalny, ludzki. Na pewno łatwiej byłoby mi działać zawodowo mieszkając w stolicy, ale z mojego punktu widzenia ten wielkomiejski świat jest sztuczny, zbyt zabiegany, wykreowany przez ludzi i zachłanny. Wolę mieszkać w Puszczykowie, w pewnym oddaleniu od świata, rezygnując z jednych rzeczy, ale zyskując zupełnie inne, które są dla mnie ważniejsze.

W jednym z wywiadów wyczytałam, że jest Pani fanką drapieżnych fryzur...
- To prawda. Myślę, że w pewnym sensie odzwierciedlają one mój charakter. Zawsze sama decydowałam o tym, co będę miała na głowie. Kiedyś nie było stylistów czy kreatorów fryzur. Artysta tworzył sam swój wizerunek sceniczny. Sama obcinałam sobie włosy, farbowałam. Nawet ciuchy sobie sama szyłam. Lata 80. i 90. były naprawdę fajne, ciekawe, kreatywne.

Czy kiedykolwiek zwątpiła Pani w to, co robi?
- Niejednokrotnie. Bardzo często artyści miewają momenty zwątpienia, tzw. kryzysy twórcze. W swojej karierze miałam takie, które trwały kilka miesięcy, ale i takie, które sprawiły, że znikłam ze sceny na kilka lat.

Powroty są trudne?
- Bardzo, czasami wręcz niemożliwe. Mnie akurat przydarzył się bardzo udany powrót, ale wcale tak nie musiało być. (śmiech)

Kobiece słabostki?
- Buty. Mam ich sporą kolekcję, a wśród nich kilkanaście par, których nigdy nie miałam na sobie i być może nigdy ich nie założę.

Czego życzyłaby Pani naszym Czytelniczkom?
- Żeby spełniły się wszystkie noworoczne postanowienia, żeby zrealizowały Wam się najskrytsze plany i marzenia.

Rozmawiała: Ilona Adamska
 
Twój komentarz:
imię lub pseudonim:
 wyślij
Najnowszy numer IMPERIUM KOBIETIK NR 21/2016IK NR 21/201625 grudnia 2016
kolejne z wybranego działu
Kontakt z redakcja
  • I.D. MEDIA AGENCJA WYDAWNICZO-PROMOCYJNA
    NIP: 687-175-34-67
    REGON: 180182725

    ADRES WYDAWNICTWA
    ul. Janiszowska 10a/6
    02-264 Warszawa
    info@idmedia.pl
    tel. +48 609 225 829

    ADRES REDAKCJI

    ul. Mokotowska 4/6 pok. 115
    00-641 Warszawa
    redakcja@ikmag.pl
    tel. +48 696 261 825


     
Newsletter
Jeśli chcesz być na bieżąco z IK zapisz się do newslettera.

zapiszJeśli chcesz usunąć swój adres z naszego newslettera wpisz go w pole powyżej i kliknij tutaj
nasi partnerzy
Copyright © 2017 Imperium Kobiet.
Wszelkie prawa zastrzeżone.


strony internetowe