W duecie z niemowlakiem: „słaba płeć” w azjatyckiej podróży

Poza domem spędziły dokładnie 8 tygodni. Odwiedziły w tym czasie 6 krajów na dwóch kontynentach. We dwie – matka i córka. Ona w dniu wyjazdu miała 26 lat, jej potomkini 14 miesięcy. Podróżowały przez Tajlandię, Singapur, Bali, Malezję, Chiny, a na koniec odwiedziły Szwajcarię. Wróciły do Francji, na słoneczne wrzosowiska Prowansji, gdzie aktualnie mieszkają. Spotkać je nie jest łatwo, bo to niespokojne dusze. W sieci natkniemy się na nie na blogu „Podróże Karoliny Ponzo”. Póki co wyruszamy ich azjatyckim śladem…

 

Podziwiam, czasem zazdroszczę. Często się dziwię, nieustannie inspiruję – te odczucia towarzyszą mi każdego dnia podczas przeglądania zasobów sieci. Raz są przygnębiające, innym razem niezwykle budujące. W morzu zalewających mnie informacji, znalazłam ją. Wówczas przygotowywała się do jednej ze swoich podróży. Co zrobiłam? Podglądałam i śledziłam. Podziwiałam i zazdrościłam – siły i odwagi. Dotychczas nie robiłam tego zbyt często. Ba! Praktycznie wcale. Ale sile jej osobowości i pogodzie jej ducha oprzeć się nie mogłam. Postanowiłam nieco bliżej przyjrzeć się kobiecie, która odbyła dwumiesięczną, samotną – o, pardon – nie samotną, a w duecie z niemowlakiem, podróż po Azji.

„Wierzę, że zabierając moją córkę w dalekie podróże oferuję jej co tylko mogę najlepszego”

Karolina jest blogerką, podróżniczką, matką. Lada dzień zostanie żoną. Cieszy się każdym dniem życia, wyciskając z niego jak najwięcej. Kilka lat temu przedstawiała się w ten sposób: „Pierwsze co musicie o mnie wiedzieć to to, że jestem życiową pokraką. Znacie ten typ postaci, którą wszyscy postrzegają jako uroczą niezdarę, nieustannie wpadającą we wszelkiego typu tarapaty? To właśnie ja. Wystarczy tylko odjąć przymiotnik urocza”. I dokładnie ta sama dziewczyna, w wieku 26 lat, wzięła pod pachę swoją maleńką córkę Milę i wyruszyła z nią w podróż życia. Całą odpowiedzialność za małą istotę wzięła na siebie. Zdana była na los i trochę na ludzi, których spotkała po drodze. Pomimo wszystkich trudów, z jakimi przyszło jej się zmierzyć, dziś bogatsza o nowe doświadczenia, bez wahania mówi, że w podobną podróż wyruszyłaby po raz kolejny. Choćby jutro. – Wierzę, że zabierając moją córkę w dalekie podróże oferuję jej co tylko mogę najlepszego: stymulację zmysłów oceanem, dżunglą, plażą, egzotyczną kuchnią i zapachami. Oferuję jej ciągłą naukę, interakcje z innymi ludźmi i kulturami. Przede wszystkim funduję nam obu więź, która mam nadzieję przetrwa latami. Wspomnienia, które nie opuszczą mnie już nigdy. Momenty radości, które zawsze, w życiu każdego z nas są potrzebne do rozjaśnienia szarości.

„Nie mam zamiaru kłamać: myślałam, że będzie łatwiej”

Była świadoma tego, że może być ciężko. Doskonale zdawała sobie sprawę, że podróż w duecie z niemowlakiem, jest zupełnie czymś innym. Wiedziała, że gdyby była sama cieszyłaby się tym wyjazdem w zupełnie inny sposób. Siłę dawała jej myśl, że w końcu robi coś nie tylko dla siebie, ale także dla swojej córki. Każdego dnia podróży widziała olbrzymi postęp w jej rozwoju. Widziała jak Młoda z coraz większą pewnością siebie śmiało tupta do przodu, z jaką radością głaszcze słonie i posyła buziaki do ludzi w każdym wieku i kolorze skóry. Podziwiała jak każdego dnia jej córka próbowała nowych doznań. Stawała się coraz bardziej odważna, uśmiechnięta i towarzyska. Mimo to, z rozbrajającą szczerością przyznaje, że podróże z dzieckiem nie są niesamowite, niewiarygodne i wspaniałe. Fakt, myślała, że będzie nieco łatwiej. Obok codziennych radości, musiała radzić sobie z chwilami zmęczenia, zrezygnowania i zwątpienia. – Moje dziecko nie je tego co jest, a to do czego jest przyzwyczajone. Jednym słowem – nie zje niczego, co nie ma na sobie nalepki „made in France”. Moje dziecko nie jest w równym stopniu co ja zafascynowane inną kulturą, zabytkami, architekturą, a spacer po ruinach nie jest dla niej równie interesujący jak czas spędzony na placu zabaw. Moje dziecko potrafi doprowadzić mnie na skraj załamania nerwowego. Jednego dnia będzie rzucać jedzeniem, dostawać ataku histerii, wrzeszczeć w niebogłosy tylko dlatego, że próbuję się położyć obok niej, a drugiego dnia będzie posyłać obcym ludziom buziaczki i oczarowywać wszystkich dookoła. Co więcej? Przez 90% czasu nie znoszę podróżować z moim niemowlakiem. Młoda jest w takim wieku, że już chodzi, ale jeszcze bez celu. Już je, ale jeszcze mało co. Już chce się bawić, ale jeszcze nie bardzo potrafi. Już wie czego chce, ale nie potrafi tego wytłumaczyć. W efekcie jestem często zmęczona, znudzona i wściekła. ALE KOCHAM MOJE DZIECKO”.

„Nie chcę by moje dziecko wyrosło na dorosłego o osobowości zdechłej ryby”

W tym momencie ktoś zapyta po co to wszystko? Czy nie lepiej wyjść na spacer? Dać dziecku ulubioną zabawkę i posadzić wśród lawendy? Nie. Karolina, jak każda matka, chce dać swojej córce wszystko co najlepsze. Chce zabierać ją w pięknie miejsca i pokazać jej świat. Chce by jej córka była otwarta, grzeczna, uśmiechnięta. – Nie chcę by moje dziecko wyrosło na dorosłego o osobowości zdechłej ryby. Kogoś, kto wiecznie powtarza „nie da się” albo „chciałabym, ale się boję”. Kogoś, kto komentuje bez choćby próby zrozumienia. Kogoś pełnego uprzedzeń, lęków i złośliwości. Uprzedzając lawinę pytań z pełną świadomością mówi: – Podróżuję z maleńką córką, bo jestem jej rodzicem i nawet jeśli przez 99% czasu podróż byłaby utrapieniem, to ja i tak zapamiętam ten jeden cudowny procent.

A co można zyskać dzięki takiej podróży? Coś absolutnie bezcennego. Coś, czego nie da się kupić, czego nie można dostać od tak. Coś, co jest najważniejsze dla każdego rodzica. – Rzeczą, która okazała się dla mnie najcenniejsza, jest więź między nami. Silniejsza niż kiedykolwiek. W końcu to ja była obok niej, gdy po raz pierwszy w życiu widziała słonie, dziko biegające małpy, czy gdy po raz pierwszy w życiu pływała w oceanie. Takie wspomnienia cementują każdą relację i warte są każdej wydanej złotówki, każdej kropli potu, każdej nieprzespanej nocy, każdego wypowiedzianego pod nosem przekleństwa.

„Nie ochronię swojej córki przed całym złem tego świata” 

Karolina wyruszała w podróż ze skrupulatnie ułożonym planem. Miała zaplanowaną całą trasę, wiedziała co chce zobaczyć i co chce pokazać swojej towarzyszce podróży. Rzeczywistość jednak zweryfikowała te plany. Karolina musiała dostosować się do córki. Nie mogła realizować punkt po punkcie zwiedzania kolejnej świątyni czy posągu Buddy. Codziennie uczyły się nowego rytmu dnia, zwiedzania i współpracy. Czasem rodzicielka musiała zrezygnować z własnych założeń, żeby sprawić przyjemność córce. – W końcu to też jej wakacje, a zabawa z innymi dziećmi oraz własne rozrywki należą się jej jak psu buda. Karolina nie była jednak na tym stratna. – Młoda pomaga mi dotrzeć do ludzi w sposób, w jaki sama bym nigdy nie dotarła. No i dostaje darmowe ciasteczka. A że jestem dobrą matką, to nie pozwolę dziecka zacukrzyć. Daję jej jedno, resztę zjadam sama.

Jednak mimo perfekcyjnego przygotowania Karoliny do podróży z niemowlakiem i zapewnienia mu jak najlepszych warunków, zawsze znajdzie się ktoś kto stwierdzi, że świat jest zbyt niebezpieczny, a podróże są takie groźne. Na wszystkie tego typu uwagi odpowiedź ma jedną: – Nie karmię dziecka karaluchami ani roztopionym śniegiem. Nie macham nim nad sadzawką pełną krokodyli. Nie puszczam samopas na wybieg dla słoni. Moja córka ma potrzebne szczepienia, ubezpieczanie zdrowotne i zaopatrzoną apteczkę. Mimo tego zawsze znajdzie się ktoś, kto powie „biedne dziecko”. Nie ochronię swojej córki przed całym złem tego świata choćbym bardzo chciała…

„To było dziecko demolka, z wiecznym wrzaskiem na ustach”

Na półmetku swojej wyprawy dziewczyny przeżyły prawdziwą kumulację złości, niepowodzeń i pozornej bezsilności. Pozornej, bo to właśnie takie chwile paradoksalnie dawały Karolinie więcej siły i energii, aby stawić czoła każdej przeciwności. Mili wyrastały zęby, zgubiła swój ostatni smoczek, budziła się z gorączką. Konieczna była wizyta u lekarza, wzbogacenie apteczki niezbędnymi lekarstwami i mały postój. W międzyczasie Karolinę pogryzły pluskwy, straciła kartę z aparatu z całym mnóstwem zdjęć, musiała kupić nowy wózek, bo stary złamał się na pół. W rozmowach ze swoim partnerem Anthony’m musiała tłumaczyć, że nie podda się i nie wróci wcześniej. Wędrowała po całkowitym pustkowiu, krętą drogą pośród oszałamiająco zielonych wzgórz. Żar lał się z nieba, a ona była tam z 15 kilogramowym niemowlakiem w wózku, 16 kilogramowym bagażem na plecach i 10 kilogramowym plecakiem z przodu. W hostelu, w którym nocowały, jej dziecko dostało ksywkę „Tornado”. – To było dziecko demolka, z wiecznym wrzaskiem na ustach. Choć sama wykazuję się w stosunku do swojej córki zadziwiającą mnie samą cierpliwością, było mi głupio i wstyd w stosunku do wszystkich miłych ludzi, którzy udawali, że ryki mojej córki wcale a wcale im nie przeszkadzają.

Jak radziła sobie w kryzysowych momentach? Perfekcyjnie! Ubierała siebie i Młodą w kostiumy kąpielowe i szły popływać w oceanie. Turkusowa woda otaczała je z każdej strony, wypłukując całą złość, zmęczenie i frustrację. W tych momentach córka wtulała się w nią czule, jakby niezwykła siła oceanu działała także na nią.

„Wylądowałam gdzieś pośrodku, między stabilizacją a wieczną podróżą”

Na czas podróży przypadła też dość wyjątkowa data – 27. urodziny Karoliny. Dzień ten stał się inspiracją do podsumowania tego, co udało jej się osiągnąć, a co dopiero przed nią. – Kiedyś wydawało mi się, że w tym wieku będę mieć stabilną pracę, męża, gromadkę dzieci, trwałą na głowie, kolekcję garsonek z poduszkami na ramionach, mieszkanie z meblościanką i w ogóle powoli będę szykować się do grobu. Tymczasem dziecko póki co mam jedno, mężata stanę się za cztery miesiące, zarabiam raz super, a raz wcale, zamiast w garsonce cały dzień chodzę w bikini, a w zastępstwie trwałej włosy skręciła mi w loki słona woda na Bali. Można więc uznać, że wylądowałam gdzieś pośrodku, między stabilizacją a wieczną podróżą.

Karolina, pomimo wszystkich pozytywów, których doszukuje się w każdym dniu wie, że najprawdopodobniej nigdy nie będzie tak, że będzie lubiła w swoim życiu wszystko. Zawsze będzie miała wrażenie, że można więcej, lepiej, intensywniej. Jednocześnie ma świadomość tego, że czasem wystarczy usiąść w ciszy i pomyśleć o tym wszystkim co już ma… z odpowiedniej perspektywy. – Czemu miałabym skupiać się na tym wszystkim, czego nie mam? Lubię swoje życie, bo wybieram je lubić.  Na koniec pyta prowokacyjnie: – A Ty?

Dziś już nie mówi o sobie „życiowa pokraka”. Przyznaje, że czasem się potyka i upada, ale zawsze staje na nogi. Jest „próbowaczem”. Próbuje tego, co dla jednych wydaje się głupie, dla innych nieodpowiedzialne, a dla mnie szalenie inspirujące. Wszystko co przeżyła utwierdziło ją w przekonaniu, że niemożliwe nie istnieje. Twierdzi, że owszem – naraża swoje dziecko. Naraża na tolerancję, odwagę i pewność siebie. Naraża na docenianie małych rzeczy, wytrwałość i otwartość. Naraża na opaleniznę, obtarcia i wiatr we włosach. Ja jednak powiem, że to matka, która zagwarantowała swojej córce jedne z najpiękniejszych doświadczeń w życiu. Kiedy za 20 lat usiądzie z nią przed kamiennym domkiem wśród lawendy, otworzy album z azjatyckiej podróży – zobaczy, że każdego dnia życia szkicowała portret córki nadając mu wszystkie kolory tęczy. I za to usłyszy bezcenne „dziękuje mamo”. Właśnie tego jej życzę.

 

Anna Rychlewicz

fot. Karolina Ponzo

Nikt jeszcze nie skomentował

Pozostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

I.D. MEDIA AGENCJA WYDAWNICZO-PROMOCYJNA

info@idmedia.pl
tel. +48 609 225 829


redakcja@ikmag.pl

 

Magazyn kobiet spełnionych,

Śledź na: